wtorek, 23 maja 2017

"Biegacz" Piotr Bojarski [PATRONAT]

www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autor Piotr Bojarski
tytuł Biegacz

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 405

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga








Podobno sport to zdrowie. A bieganie jest najtańszym i najlepszym sposobem na poprawę kondycji i zgubienie zbędnych kilogramów. O tym, że może być również szalenie niebezpiecznym zajęciem, przekonał się bohater powieści kryminalnej Piotra Bojarskiego - Bogdan Popiołek. Biegacz to historia, która dla jej narratora zaczyna się niewinnie, ale im dalej w las, w którym trenuje Popiołek, tym więcej ... nie, nie drzew. Niebezpieczeństw. Niewinna przebieżka stała się początkiem wydarzeń, które prowadziły wprost do dramatycznego finału. 


Bogdan Popiołek ma czterdzieści cztery lata, uczy historii w poznańskim gimnazjum i prowadzi mało ekscytujące życie singla. Zmartwiony brakiem kondycji i rosnącym brzuchem, postanawia odzyskać formę. Zaczyna biegać, walcząc codziennie z kilometrami, ale głównie z własnymi słabościami. Podczas jednej z przebieżek mija go starszy mężczyzna w charakterystycznych butach. Jak wielkie jest zdziwienie Popiołka, kiedy następnego dnia widzi w lokalnych wiadomościach te same buty, na nogach mijanego wcześniej biegacza. Problem w tym, że starszy mężczyzna nigdzie już nie pobiegnie, ponieważ został zamordowany. Zaintrygowany wydarzeniem, Popiołek zgłasza się na policję, która kompletnie go ignoruje świadka potencjalnego morderstwa. Znudzony szkolną rutyną, postanawia odkryć prawdę na własną rękę. Tym samym ładuje się w niezłe tarapaty bez świadomości, że naraża się bardzo bezwzględnym ludziom.

Biegacz Piotra Bojarskiego to kryminał, w którym najważniejszą postacią jest, wspomniany już, nauczyciel historii. Bogdan Popiołek postanawia bowiem samodzielnie rozwiązać zagadkę morderstwa na ścieżce do biegania. Policja nie traktuje jego zeznań poważnie, sugerując nawet, że jego udział w wydarzeniu jest zupełnie inny od deklarowanego. Historyk jest również narratorem w powieści i to z jego perspektywy (a nie narratora wszechwiedzącego) czytelnicy poznają kolejne etapy śledztwa. A to przez połowę książki dość się wlecze, by nabrać tempa w dalszej części. Przyznam, że początkowo trochę mnie to raziło, bo choć opowieść czyta się bardzo dobrze, to jednak odnosiłem wrażenie, że wraz z Popiołkiem drepczę w miejscu. Z czasem jednak akcja przyspiesza i samo śledztwo nabiera rumieńców. Dociekliwy detektyw - amator odnajduje kolejne elementy układanki, a wątki prywatnego dochodzenia sięgają zarówno czasów głębokiego PRL, jak i bardzo współczesnych afer na styku polityki i ekologii. Piotr Bojarski zaznaczył w posłowie, że wątek kryminalny w powieści oparty jest na historii, a niektóre z wydarzeń miały miejsce jeszcze w okresie przemiany ustrojowej. Celowo nie piszę niczego więcej, aby nie zepsuć czytelnikowi zabawy (choć wyraz zabawa w kontekście wątku kryminalnego jest sformułowaniem dosyć ryzykownym).



Powieść Piotra Bojarskiego charakteryzuje się lekkim stylem, któremu bliżej jest do gawędy, niż do poważnej narracji powieściowej. To w żadnym razie  nie zarzut, ale atut książki.  I jak nie przepadam za narracją pierwszoosobową, tak w Biegaczu sprawdziła się ona pierwszorzędnie. Bogdan Popiołek, taka trochę safanduła, to w sumie sympatyczny facet, któremu zachciało się jakiejś odmiany w życiu. I dostał, czego chciał, choć raczej zgodnie z powiedzeniem Uważaj, czego sobie życzysz. Opowieść Popiołka jest mocno osadzona we współczesności, ponieważ wspomina on o reformie oświaty, wydarzeniach sportowych i polityce. Szkoda tylko, że główny bohater jest postacią dość tajemniczą, autor właściwie nie napisał niczego na temat jego przeszłości. A może zostawia sobie uchyloną furtkę do kolejnych części? Może Bogdan Popiołek połknął bakcyla i zostanie detektywem? Mam bowiem wrażenie, że szkoła trochę mu się znudziła.

Nowalijki oceniają 4+/6




za udostępnienie powieści do recenzji
i możliwość objęcia jej patronatem medialnym bloga







piątek, 19 maja 2017

"Czerwone dziewczyny" Kazuki Sakuraba

www.wydawnictwoliterackie.pl
Informacje o książce

autorka Kazuki Sakuraba
tytuł Czerwone dziewczyny
tytuł oryginału Akakuchiba - ke no densetsu
przekład (zj. angielskiego) Łukasz Małecki

wydawnictwo Wydawnictwo Literackie
miejsce i rok wydania Kraków 2017
liczba stron 486

egzemplarz recenzencki








Literatura japońska. Pomijając niezwykle bogatą i różnorodną mangę, w Polsce z pewnością kojarzy się z Haruki Murakami, Kobo Abe, Kazuo Ishiguro, czy ostatnio z Takashi Hiraide. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na pierwszą po polsku powieść Kazuki Sakuraby. Autorka Czerwonych dziewczyn to wielokrotnie nagradzana pisarka, której saga o rodzie Akakuchiba uwodzi tajemniczą historią małej Manyo. I choć później opowieść traci na dynamice i lekko rozczarowuje, to warta jest uwagi choćby ze względu na wciąż odmienne od europejskiego, spojrzenie na świat i relacje międzyludzkie. 



Manyo Aka ma dziesięć lat, kiedy zostaje podrzucona przez ludzi z gór pewnej robotniczej rodzinie. Jej przybrany ojciec pracuje w hucie, której właścicielami są mieszkańcy okazałego domu, górującego nad okolicą. To ród Akakuchiba, bogaci właściciele zakładów przemysłowych w Benimidori w prefekturze Tottori. Manyo, która ma dar jasnowidzenia, nawet przez myśl nie przeszło, że kiedyś zostanie najważniejszą lokatorką tak zwanej czerwonej posiadłości. A dar przewidywania przyszłości, wymagający interpretacji i niejednoznaczny, stanie się przekleństwem bohaterki. Jaką bowiem można mieć radość z życia, kiedy wie się, jak zakończy się ono dla członków najbliższej rodziny. 

W następnej odsłonie czytelnik poznaje losy kolejnych dzieci Manyo i Yoji Akakuchiba. Wśród nich Kemari, córki, która w przyszłości zostanie najpierw przywódczynią dziewczęcego gangu motocyklowego, a później niezwykle poczytną pisarką mangi. Z kolei jej córka - Toko, bohaterka ostatniej odsłony, towarzyszy czytelnikowi od początku opowieści, jest bowiem narratorką Czerwonych dziewczyn

Powieść Kazuki Sakuraby to historia z pogranicza gatunków, rozpisana na ponad pięćdziesiąt lat. Autorka tworzy historię, w której sprawnie łączy elementy powieści obyczajowej z elementami charakterystycznymi dla realizmu magicznego. Nie jest jednak tak, że motywy przywołujące na myśl prozę Marqueza dominują, ale szczególnie w pierwszej części powieści Sakuraby tajemnica, niedomówienie i dar jasnowidzenia stanowią istotny element fabuły. Dzieje klanu Akakuchibów zostały przedstawione w trzech odsłonach i choć w każdej narratorką jest wnuczka, to wydarzenia opowiadane są z perspektywy babki i matki Toko. Historia każdej z kobiet to przyczynek do pokazania pół wieku zmian, jakie zachodziły w Japonii po II wojnie światowej. Nie bez powodu także, akcja została umiejscowiona na dalekiej prowincji. Nowinki z wielkiego świata docierały do Benimidori z opóźnieniem, ale i z większą siłą rażenia. Szczególnie w pierwszej części opowieści wyraźnie widać, jak japońska tradycja ściera się z nowoczesnością. Biedny region niczym za dotknięciem magicznej różdżki (a w rzeczywistości polityki i ekonomii) szybko rozwija się, wzbudzając w prostych robotnikach potrzebę zarówno awansu społecznego, jak i finansowego. Na przykładzie właścicieli huty i jej pracowników autorka pokazała do czego prowadzi pęd za nowoczesnością i konsumpcjonizm. Mieszkańcy prefektury Tottori odczuwają zarówno gnający do przodu świat, jak i codzienne uciążliwości, jak choćby choroby związane z zatruciem środowiska. W tle da się dostrzec wydarzenia, które powoli zmieniały Japonię. Rewolucja obyczajowa, bańka spekulacyjna (nie pierwsza i nie ostatnia), działalność sekt religijnych, atak sarinem w tokijskim metrze, czy śmierć cesarza Hirohito. 

Nie wydarzenia historyczne, ale losy kolejnych pokoleń Akakuchibów są głównym motywem Czerwonych dziewczyn. Autorka ma nie tylko talent do snucia opowieści (ale z małym zastrzeżeniem), potrafi także skonstruować niezwykle ciekawe, zanurzone w japońskiej tradycji i kulturze postaci. Zarówno kobiet, jak i mężczyzn, ale to właśnie żeńska część klanu jest mocniej wyeksponowana i na jej barkach opiera się cała konstrukcja opowieści. Babka Manyo, córka Kemari i wnuczka Toko, choć łączą je więzy krwi, to każda jest inna. I na przykładzie każdej z nich autorka uwypukliła niektóre fragmenty swojej sagi. Najbardziej tajemnicza jest babka, której niespodziewany awans społeczny nie przywrócił w głowie; to ona przejmuje pałeczkę po charyzmatycznej teściowej i stoi na straży tradycji, mając jednak na uwadze zmiany obyczajowe, od których nie sposób uciec. Kemari buntuje się i długo szuka swojej drogi życiowej w burzliwych latach osiemdziesiątych. I wreszcie Toko - najzwyczajniejsza z nich trzech, której babka przed śmiercią wyjawiła mroczny sekret z przeszłości. I to z ciężarem tej tajemnicy wnuczka będzie musiała sobie poradzić.

Czerwone dziewczyny już od początku uwodzą czytelnika tajemnicą, niedomówieniem i wydarzeniami na granicy jawy i snu, czerpiąc motywy z japońskiej tradycji. Początek powieści okazuje się, w moim odczuciu, najlepszy. Potem, kiedy na plan pierwszy wysuwają się Kemari i Toko, dynamika tekstu spada, historia już tak nie pociąga, co nie znaczy, że nie zachęca do dalszej lektury. Wydaje mi się, że postać Manyo jest najbardziej intrygująca i dlatego jej część sagi okazuje się najciekawsza. Dzieje córki i wnuczki są bliższe współczesności i być może dlatego nie wywołują już tak jednoznacznych emocji. Do tego życiorys Kemari wydaje się mało prawdopodobny, ale w innym rozumieniu, niż miało to miejsce w przypadku jej matki. Opowieść Toko łagodnie spaja sagę w jedną całość.

Mimo pewnych wątpliwości, Czerwone dziewczyny bardzo mi się spodobały. To sprawnie napisana powieść obyczajowa z nutką realizmu magicznego, pokazująca nie tylko skomplikowane (i często tragiczne) losy jednego rodu, ale i przemiany zachodzące w Japonii, której cud gospodarczy wciąż przez wielu stawiany jest za przykład godny naśladowania. Warto spojrzeć na Czerwone dziewczyny jako na opowieść o walce kobiet o swoje prawa. Manyo wychodząc za mąż stawała się własnością męża, jej wnuczka może cieszyć się zdecydowanie większą wolnością,  w dużym stopniu wywalczoną przez jej krnąbrną matkę i inne kobiety z jej pokolenia.

Dla fanów literatury japońskiej w wydaniu innym, niż tylko Murakami (którego od lat jestem fanem) pozycja zdecydowanie warta uwagi.

Nowalijki oceniają 5/6



Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie
książki do recenzji.


poniedziałek, 15 maja 2017

"Ziemia kłamstw" Anne B. Ragde

www.smakslowa.pl
Informacje o książce

autorka Anne B. Ragde
tytuł Ziemia kłamstw
tytuł oryginału Berlinerpoplene
przekład Ewa M. Bilińska

wydawnictwo Smak Słowa
miejsce i rok wydania Sopot 2017
liczba stron 304

egzemplarz recenzencki







Tajemnice z przeszłości i kłamstwa, których konsekwencje boleśnie odczuwane są po wielu latach. Rodzina, która w obliczu śmierci rozsypuje się niczym domek z kart, aby za chwilę próbować podnieść się z upadku. Ziemia kłamstw Anne B. Ragde to wielokrotnie nagradzany pierwszy tom sagi, książki okrzykniętej jedną z najważniejszych norweskich powieści współczesnych. Historia rodziny Neshov wciąga od pierwszego rozdziału, żeby na końcu zostawić czytelnika w kompletnym zaskoczeniu. 



Adwent dobiega końca, mieszkańcy Byneset pod Trondheim powoli przygotowują się do świąt Bożego Narodzenia. W rodzinie Neshov dochodzi do dramatycznego wydarzenia - nestorka rodu Anna dostaje wylewu i wszystko wskazuje na to, że jej dni są już policzone. Mieszkający z nią i ojcem, najstarszy syn Tor, zawiadamia o wydarzeniu dwóch braci oraz córkę, którą widział raz w życiu. Spotkanie przy szpitalnym łóżku, a potem w domu rodzinnym okaże się dla braci, którzy kontaktowali się ze sobą bardziej niż sporadycznie, traumatycznym spotkaniem z przeszłością. Bolesną, bowiem naznaczoną kłamstwami i trudną, gdyż rzutującą na teraźniejszości i przyszłość. 

Najstarszy Tor, prowadzący rodzinne gospodarstwo rolne, wiedzie monotonne życie między chlewem a zaniedbanym domem, w którym mieszka wraz ze starzejącymi się rodzicami. Trudno nie zauważyć, że Tor lepiej dogaduje się ze zwierzętami, niż z kostyczną matką i małomównym, wycofanym ojcem. Lata temu miał szansę na szczęśliwe życie, ale jedna decyzja Anny zmieniła wszystko. Przyjazd córki Torunn, którą ojciec zaprosił, aby przed śmiercią poznała babkę, to szansa na zbudowanie relacji, tak bardzo obojgu potrzebnej.

Drugi brat Margido, bezdzietny samotnik, prowadzi mały zakład pogrzebowy. W powieści czytelnik poznaje go przez pryzmat wykonywanej pracy, ale informacje o nim są dość ogólne. Wiadomo tylko, że lata temu stracił wiarę - pytanie: czy tylko w Boga, czy także w innych ludzi?

I wreszcie najmłodszy - Erlend - dekorator wystaw sklepowych, od lat zakochany z wzajemnością w Krumme - redaktorze naczelnym duńskiego dziennika. Erlend jako jedyny z braci zdecydował się wyjechać z Norwegii i osiadł w Kopenhadze. Wiedzie dostatnie życie, otoczony i miłością, i luksusowymi drobiazgami. I na jego wybory życiowe wpływ miała matka. Nie trudno się domyślić, jak zareagowała na homoseksualizm syna. 

Jest wreszcie Torunn, której przyjazd do Byneset otworzy oczy na historię rodziny, której tak naprawdę nie znała. W dramatycznych okolicznościach dostała szansę na zbudowanie relacji córka - ojciec. Czy skorzysta z tej szansy?

Zaczynając lekturę Ziemi kłamstw, kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Docierały do mnie głosy, że to powieść znakomita, prosta, ale bardzo mocna, niepozwalająca na długo po przeczytaniu zapomnieć o rodzinie Neshov. I choć nie zawsze zgadzam się z oceną innych czytelników, to w przypadku powieści Anne B. Ragde podpisuję się obiema rękami pod zachwytami nad tą historią. Ziemia kłamstw wciągnęła mnie tak, że przeczytałem ją w jedno długie popołudnie, chłonąc dzieje rodziny Neshov. Powieść urzekła mnie zarówno stylem, jakim posługuje się autorka, rysunkiem psychologicznym postaci, jak i obrazem norweskiego społeczeństwa. Autorce udała nie lada sztuka, napisała książkę o zwykłych ludziach tak, że nie sposób się od niej oderwać. Bohaterowie powieści są zwyczajni, ale to właśnie w tej zwyczajności tkwi siła przekazu historii. Czytelnik wraz z bohaterami odkrywa rodzinne sekrety i kibicuje braciom w ich szorstkich staraniach o odnowienie wzajemnych relacji. Wzrusza się wraz z nimi i śmieje, bo choć wydarzenia w książce temu nie sprzyjają, to Erlend, z racji rozrywkowego charakteru, wprowadza elementy humorystyczne. Anne B. Ragde po mistrzowsku wręcz balansuje na granicy skrajnych emocji. Chyba nigdy i nigdzie nie czytałem tak ładnie napisanych, emocjonalnych opisów ... relacji człowieka ze świniami. A takich literackich zaskoczeń jest w powieści więcej. Styl autorki oscyluje wokół realizmu i momentami także naturalizmu, ale zdarzają się fragmenty wręcz poetyckie - delikatne i subtelne. Ta różnorodność stylistyczna nadaje powieści wartości, przywołując na myśl dawne sagi rodzinne, po mistrzowsku rozpisane dzieje upadków i wzlotów. 

Ziemia kłamstw okazała się powieścią, na którą warto spojrzeć nie tylko jako na kameralną opowieść o skomplikowanych relacjach w rodzinie Neshov, ale szerzej, jako na obraz norweskiego społeczeństwa. Można bowiem w historii Anny i jej rodziny prześledzić zmiany, jakie w zachodziły i zachodzą w krajach skandynawskich. Dostatnia Norwegia staje się coraz bardziej iluzoryczna, czego najlepszym przykładem jest Tor i jego gospodarstwo rolne. Anna stała na straży dawnego porządku i obyczajowości, bezwględnie egzekwując od synów (i męża) posłuszeństwa - nawet za cenę osobistego szczęścia. Wraz z odejściem ludzi z jej pokolenia, znika też stara Norwegia, a nową tworzą zarówno rówieśnicy trzech braci, jak i Torunn - wnuczka Anny. 

Od dawna wiem, że nikt, tak jak Norwegowie, nie potrafi pisać o codzienności. To oczywiście pewne nadużycie i skrót myślowy, ale poparty wieloma skandynawskimi lekturami. Powieść Anne B. Ragde przywraca wiarę w siłę powieści, w której autorka nie musi przymilać się do czytelnika, a sama historia nie potrzebuje sztuczek marketingowych, aby zostać wysoko ocenioną. Ziemia kłamstw odpowiada na tęsknotę czytelnika za prostą opowieścią, w której najważniejszy jest człowiek i jego emocje, a literatura wciąż pozwala przeżyć oczyszczenie. Norweska autorka pięknie, bo bez egzaltacji snuje swoją opowieść, z taką samą uwagą przedstawiając  skomplikowane losy bohaterów, jak i odmalowując świat wokół nich. 

Tym razem, bez zbędnych ceregieli, dołączam do chóru piewców twórczości Anne B. Ragde. Jestem po prostu urzeczony i zachwycony. I tyle. 

Nowalijki oceniają 6/6







Dziękuję wydawnictwu Smak Słowa i agencji Business&Culture
za udostępnienie książki do recenzji.


piątek, 12 maja 2017

"Wszystko wina kota" Agnieszka Lingas - Łoniewska [PRZEDPREMIEROWO/PATRONAT]

www.novaeres.pl
Informacje o książce

autorka Agnieszka Lingas - Łoniewska
tytuł Wszystko wina kota

wydawnictwo Novae Res
miejsce i rok wydania Gdynia 2017
liczba stron 400

egzemplarz recenzencki
premiera 24.05.2017

patronat medialny bloga







Nowa powieść Agnieszki Lingas - Łoniewskiej. Na to zdanie z pewnością mocniej zabiją serca wielbicielek (a pewnie i niemałej grupy wielbicieli) twórczości wrocławskiej autorki. Każda kolejna książka wzbudza emocje i staje się przyczynkiem do dyskusji o bohaterach i opisywanych wydarzeniach. Nie inaczej będzie zapewne po lekturze Wszystko wina kota, reklamowanej jako romantyczna komedia omyłek. Kto jednak spodziewa się kolejnej polskiej wersji chick lit, ten się rozczaruje, bo choć autorka czerpie motywy z tego typu literatury, to jednak pogłębia wątki obyczajowe, wychodząc tym samym poza ramy gatunku. A sama powieść zyskuje w ten sposób na wartości.


Lidia Makowska od lat odnosi sukcesy na polskim rynku wydawniczym. Jej powieści, pisane pod pseudonimem, stają się bestsellerami, na które z utęsknieniem czekają czytelniczki. Róża Mak, bo takie nazwisko widnieje na okładkach, znakomicie wyczuwa potrzeby kobiet, pisząc lekkie historie o miłości. Lidia skończyła właśnie nową książkę, ale radość z tego wydarzenia mąci fakt, że wydawnictwo zdecydowało, iż najwyższa pora zdradzić największą tajemnicę i wyjawić, kto kryje się za wykreowaną postacią Róży Mak. Autorka martwi się także, jak nową powieść przyjmie znany bloger, który niekoniecznie pozytywnie oceniał poprzednie jej książki. Smaczku dodaje fakt, że i on ukrywa swoją prawdziwą tożsamość. Tymczasem do mieszkania obok wprowadza się przystojny Jeremi. Lidka nie ma teraz głowy do romansowania, ale ... jej kot wpadł na pewien pomysł. Bierze sprawy w swoje ręce. O, przepraszam - w swoje łapy! 

Wbrew temu, co może wydawać się niektórym czytelnikom (i blogerom) wcale nie tak łatwo jest napisać lekką powieść, wykorzystującą znane motywy. Można bowiem odnieść wrażenie, że w powieści gatunkowej, a taką z pewnością jest Wszystko wina kota, napisano już bardzo dużo. To po części prawda i cały dowcip polega na tym, żeby jednak czytelnika (a raczej czytelniczkę) czymś zaskoczyć. Myślę, że Agnieszce Lingas - Łoniewskiej udała się ta sztuczka. Autorka sprawnie połączyła lekką komedię romantyczną z dość oczywistymi jej zaletami i wadami oraz powieść obyczajową, osadzoną w polskich realiach. Róża należy do świata romansu, jej trzem przyjaciółkom bliżej jest do rzeczywistości. Razem tworzą niezwykle dynamiczny zespół, paczkę serdecznych koleżanek, których siłą jest wzajemna troska i dawanie sobie poczucia bezpieczeństwa. Wiara w siłę ich relacji bardzo się przyda, bo choć Wszystko wina kota to powieść z gatunki tych bardziej rozrywkowych, to jednak autorka nie stroni od trudnych tematów. Wszak nie bez powodu nazywana jest dilerką emocji. Czytelniczki i czytelnicy z pewnością mogą liczyć na całą gamę uczuć, ponieważ wielką siłą tej powieści są właśnie przeżycia bohaterek, z którymi łatwo się identyfikować.

Wszystko wina kota Agnieszki Lingas - Łoniewskiej to powieść lekka i bardzo optymistyczna, w której nie brakuje mocniejszych akcentów obyczajowych. Miłość, siła przyjaźni, nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, wreszcie budowanie zaufania to wątki, które w książce dominują, gwarantując lekką, ale nie bezrefleksyjną rozrywkę. Warto zwrócić uwagę, że autorka odsłania w książce kulisy działaności rynku wydawniczego w Polsce. Z autorkami, redaktorkami, czytelnikami i hm ... blogerami, którzy współpracują ze sobą, krytykują lub chwalą, ale żyć bez siebie nie mogą. Wierzcie mi, wiem o czym piszę.

Wielbicielom twórczości Agnieszki Lingas - Łoniewskiej nie trzeba specjalnie polecać jej najnowszej powieści. I jestem przekonany, że się nie zawiodą, bowiem znajdą w niej to wszystko, za co kochają autorkę i co definiuje jej styl. Historia Róży Mak nie tylko poprawia humor, ale i daje nadzieję, że z dobrymi ludźmi wokół siebie można dzielnie stawić czoła wszelkim przeciwnościom.

Nie mogę za wiele zdradzić, ale również dla mnie Wszystko wina kota to powieść szczególna, za co bardzo Autorce dziękuję. Radzę czytać uważnie, kto wie, może zgadniecie, co mam na myśli?

Nowalijki oceniają 5/6




za udostępnienie powieści do recenzji przedpremierowej
i możliwość objęcia książki patronatem medialnym bloga.

wtorek, 9 maja 2017

"Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica" Kuba Wojtaszczyk

www.muza.com.pl
Informacje o książce

autor Kuba Wojtaszczyk
tytuł Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?

wydawnictwo Muza SA/Akurat
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 288

egzemplarz recenzencki










Kuba Wojtaszczyk, autor Portretu trumiennego (tutaj) i Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć (tutaj), powraca z nową powieścią. Po raz kolejny przygląda się Polsce, ale tym razem akcja (choć to stwierdzenie na wyrost) rozgrywa się w 1945 roku. Trupa cyrkowa wędruje przez kraj, który ledwo wyzwolił się spod okupacji hitlerowskiej, żeby na kolejne dziesięciolecia wpaść w radziecką niewolę. Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? to próba spojrzenia na ludzi, których wojna pozbawiła nie tylko dachu nad głową, ale także odarła złudzeń co do przeszłości.




Rok 1945 - wyczekiwane wyzwolenie. Nadchodzi po latach wojennej katastrofy. Ci, którzy przeżyli, czekają na cud. Oto bowiem narodzi się nowa Polska. Nic jednak nie wskazuje, że będzie to państwo ładu i spokoju. Autor uchwycił w książce krótki moment, kiedy miejsce w nowej rzeczywistości próbują znaleźć zarówno sieroty po Hitlerze, jak i synowie Związku Radzieckiego. Panuje chaos przywołujący na myśl  postapokaliptyczne wizje. Trudno bowiem nie ocenić sytuacji kraju i ludzi inaczej, niż właśnie poprzez pryzmat katastrofy. Przez zniszczone wojną obszary Polski, niczym zombie, przemykają folksdojcze i niedobitki grup partyzanckich, wymierzających sprawiedliwość na własnych zasadach. Procesje snują się przez zniszczone wojną wsie, aby Bogu podziękować za ocalenie. Wszechobecny chaos i samowolka charakteryzują codzienność wiosny 1945 roku.

Przez Polskę przyjeżdża trupa, przez tajemniczego Właściciela okrzyknięta pierwszym powojennym cyrkiem (jakby mało było cyrku wokół). Autor zapełnia tabor grupą odmieńców, którzy wpisują się w stereotypowe wyobrażenie wędrownego freak show. Tym samym Kuba Wojtaszczyk nawiązuje do popularnego motywu cyrku, jako miejsca dla wszelkiej maści nieprzystosowanych i innych. Grupa pod wodzą Właściciela to zbieranina dziwna, straszna i wywołująca współczucie. Wśród nich wieśniaczka Fela udająca wróżkę, kobieta - guma po wojennej traumie, ukrywający prawdziwą tożsamość folksdojcz, czy wreszcie Moryc, okrzyknięty Ostatnim Żydem w Polsce. Reprezentują różne pochodzenie, poziom wykształcenia i mają inne doświadczenia wojenne, ale właśnie to one są spoiwem grupy. Ich przejazd przez kolejne miejscowości daje autorowi możliwość pokazania Polski, która nie potrafi poradzić sobie z otrzymaną wolnością, niczym dziecko we mgle błądząc po manowcach, na siłę szukając nowego wroga, wymierzając sprawiedliwość jak popadnie i ze strachem patrząc w niedaleką przyszłość. Rok 1945 to stan permanentnego mętliku i chaosu, otwarta rana i niezaleczona trauma. Wizja tak smutna, jak i prawdziwa, zwiastująca nadejście nieciekawych czasów. 

Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? to kolejna próba spojrzenia na umownie nazwaną polską rzeczywistość. Do tej pory Kuba Wojtaszczyk koncentrował się na współczesności, tym razem sięgnął do historii. Jednocześnie odległej, ale i bliskiej, mającej realny wpływ na drugą połowę XX wieku. Autor ponownie sięgnął po cały wachlarz środków literackich, aby po swojemu przedstawić przeszłość. Trudno nie dostrzec hiperbolizacji i efektu krzywego zwierciadła, wynaturzenia i przerysowania, wreszcie dosłowności. Bardziej dociekliwy czytelnik zacznie doszukiwać się pewnie odniesień do innych tekstów kultury, wszak Cormack McCarthy i cytat z kultowej Drogi pojawia się jako motto powieści. 

Wspomniałem wcześniej, że akcja w powieści to sformułowanie na wyrost. Właściwie powinienem napisać, że jej w książce właściwie nie ma. Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? to raczej zbiór wydarzeń, które łączą w jedną całość członkowie grupy cyrkowej. Podczas lektury powieści towarzyszyło mi poczucie braku ciągłości między poszczególnymi epizodami. Rozdziały tworzą oczywiście fabularną całość, ale dość luźna konstrukcja tekstu sprawia, że niełatwo jest zagłębić się w treść. Wybrany przez autora sposób prowadzenia narracji niekoniecznie dobrze przysłużył się całości opowiadanej historii. Chaos panujący w powojennej Polsce przenosi się na tekst powodując, że istnieje ryzyko bezrefleksyjnego prześlizgnięcia się przez powieść. Brak wyraźnego punktu zaczepienia fabuły można zapewne tłumaczyć potrzebą oddania atmosfery panującej w 1945 roku. Trudno mi jednak ocenić, czy to celowy zabieg stylistyczny autora, czy uchybienie w konstrukcji książki. Tak na marginesie  - skoro wspominałem o odwołaniach, to nie mogę nie wspomnieć, że czytając nową powieść Kuby Wojtaszczyka miałem przed oczami znakomity, niezwykle plastyczny serial Carnivale (produkcji HBO). Analogia być może trochę na wyrost, ale oddająca w pewnym stopniu klimat obu tytułów.

Po ciekawym debiucie (Portret trumienny) i bardzo udanej powieści (Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć) z niecierpliwością czekałem na trzecią książkę Kuby Wojtaszczyka. Kapitalny tytuł zapowiadał zresztą intrygującą treść. I choć ostatecznie nowa książka nie spełniła wszystkich moich oczekiwań, to i tak uważam, że warto po nią sięgnąć. Choćby po to, by przekonać się, w jaki sposób autor rozprawił się z mitem założycielskim nowej (w domyśle powojennej) Polski. I żeby uświadomić sobie, że choć od opisywanych w książce wydarzeń minęły całe dekady, to ich wydźwięk jest wciąż niebezpiecznie aktualny. Niestety. 

Nowalijki oceniają 4/6








za udostępnienie książki do recenzji.









sobota, 6 maja 2017

"Najmroczniejszy sekret" Alex Marwood [PRZEDPREMIEROWO]

www.albatros.com
Informacje o książce

autorka Alex Marwood
tytuł Najmroczniejszy sekret
tytuł oryginału The Darkest Secret
przekład Rafał Lisowski

wydawnictwo Albatros
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 416

egzemplarz recenzencki
premiera 10 maja 2017







Alex Marwood, brytyjska dziennikarka i pisarka powraca z nową powieścią. Najmroczniejszy sekret to thriller psychologiczny, powieść w której przeszłość bohaterów to jedno wielkie kłamstwo. Po latach okaże się, że nic nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać, a tragedia skutecznie zatruje, idealne na pozór, życie uczestników pewnego przyjęcia. 



Sean Jackson, bogaty i wpływowy deweloper organizuje swoje pięćdziesiąte urodziny. Do okazałej willi nad morzem zjeżdżają goście, równie jak jubilat majętni i z koneksjami. Zabawa trwa na całego, ale niespodziewanie kończy się tragedią. W niewyjaśnionych okolicznościach znika trzyletnia córka Seana, bliźniaczka z kolejnego związku biznesmena. Mimo zakrojonego na szeroką  skalę dochodzenia, nie udaje się ustalić, co takiego stało się z dziewczynką. Dwanaście lat później uczestnicy feralnego przyjęcia spotykają się ponownie, aby podczas pogrzebu raz jeszcze stawić czoła demonom z przeszłości. Wśród żałobników jest również Mila, teraz dorosła już córka Jacksona z pierwszego małżeństwa. Wraz z nią na pogrzeb przyjechała Ruby, siostra zaginionej Coco. Mila przez przypadek trafia na drobny ślad, który doprowadzi ją, być może do prawdy. Czy aby na pewno będzie to ... prawda ostateczna?

Najmroczniejszy sekret od pierwszych stron wciąga czytelnika w matnię kłamstwa i przeinaczeń. Narracja prowadzona jest dwutorowo, co pozwala śledzić wydarzenia z przeszłości, które doprowadziły do zniknięcia Coco i dwanaście lat później, kiedy bohaterowie przygotowują się do pogrzebu. Pisarka zarzuca na czytelnika niezwykle gęstą sieć wydarzeń, postaci i skomplikowanych relacji między nimi. Byłe żony konkurują z obecnym, te zaś z kochankami, pod nogami dorosłych pałętają się dzieci. Tylko z pozoru śmietanka towarzyska i biznesowa beztrosko spędza czas w okazałej posiadłości. W rzeczywistości urodzinowe przyjęcie to pole bezwzględnej walki towarzyskiej o wpływy w grupie. Alkohol i inne używki sprawiają, że hamulce puszczają, a goście Seana Jacksona choć mają pieniądze, to z całą pewnością klasy za nią nie kupili. Autorce udało się sportretować ludzi ze świecznika tak, że żadna z nich nie budzi sympatii. Krok po kroku zdrapuje pozłacaną farbę, pod którą kryje się bardzo brzydkie drugie dno. Przy okazji postaci - Alex Marwood w mediach społecznościowych bardzo cieszy się z popularności jej książek w Polsce. I daje temu wyraz z iście angielskim poczuciem humoru - portretując polskich budowlańców poprzez wyeksponowanie stereotypowych wyobrażeń na ich temat. Ale żeby być uczciwym, trzeba też dodać, że na swoich krajanach też nie zostawia suchej nitki. Relacje między nimi oparte są na zależnościach towarzyskich i finansowych, a toksyczność tego układu pogłębią jeszcze wydarzenia z feralnej nocy. 

Kto czytał poprzenie powieści Alex Marwood ten wie, jaki styl opowieści preferuje autorka. Gęsty, bogaty w wydarzenia i postaci sprawa, że początkowo trudno wczytać się w fabułę. Ale warto dać szansę i sobie, i powieści, ponieważ w pewnym momencie wszystko zaczyna do siebie pasować. Co z tego, skoro autorka świetnie opanowała manipulację, podrzucając mylne tropy i skutecznie odciągając uwagę od meritum, żeby na końcu zmusić czytelnika do ponownej weryfikacji faktów. Nie inaczej jest w Najmroczniejszym sekrecie, thrillerze, w którym warstwa psychologiczna jest bardzo rozbudowana i można odnieść wrażenie, że góruje nad motywem zniknięcia dziecka. Jak jest naprawdę, to da się ocenić dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania. I wtedy też warto docenić misterną konstrukcję fabuły powieści.

Trzecia książka Alex Marwood pokazuje, że autorka ma duże możliwości warsztatowe i sporo pomysłów na interesującą fabułę. Jestem skłonny uznać, że to najlepsza powieść Marwood, a na pewno najciekawiej skonstruowana, z mocno narysowanymi postaciami i wątkiem, który odnosi się do prawdziwych wydarzeń. Miłośnicy historii z pogranicza thrillera oraz powieści psychologicznej i obyczajowej z pewnością będą zadowoleni. 

Nowalijki oceniają 5/6



za udostępnienie egzemplarza do recenzji przedpremierowej.


wtorek, 2 maja 2017

"Deniwelacja" Remigiusz Mróz [PRZEDPREMIEROWO]

www.wydawnictwofilia.pl
Informacje o książce

autor Remigiusz Mróz
tytuł Deniwelacja

wydawnictwo FILIA/FILIA Mroczna Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 496

egzemplarz recenzencki
premiera 10.05.2017








Kiedy z żalem odkładałem na półkę Trawers nie sądziłem, że Remigiusz Mróz powróci do zakończonej tym tomem serii. Chociaż nie - miałem nadzieję, że może jednak nie napisał w historii Forsta ostatniego zdania. Zakończenie cyklu nie sugerowało jednoznacznie, że ciąg dalszy nastąpi, ale ... trudno nie było odnieść wrażenia, że drzwi do nowej części zostały lekko uchylone. Wydawnictwo ogłosiło premierę Deniwelacji w okolicy Prima aprilis i można było odebrać to jako żart, tak zabawny, jak i okrutny. A jednak nie! Trylogia przekształciła się w tetralogię, choć pewniej lepiej napisać serię, bo wszystko wskazuje na to, że Forst nie znudził się jeszcze autorowi a i czytelnicy z pewnością będą ciekawi ciągu dalszego.

IG Nowalijki

Właśnie mija rok od tragicznych wydarzeń kończących Trawers. W życiu bohaterów wiele się zmieniło. Czasem na lepsze, częściej chyba jednak na gorsze. W Tatrach, które wciąż pamiętają Bestię z Giewontu, topnieje śnieg, który odkrywa makabryczny widok. Na zboczach wspomnianej góry zostają znalezione zwłoki pięciu młodych kobiet. Ubrane niestosownie do warunków górskiej turystyki, nie mają żadnych obrażeń. Wkrótce w mieście giną kolejne kobiety, a zbrodnie przypominają te, których dokonała Bestia. Osica, Wadryś - Hansen i Gerc odkrywają, że ślady mogą prowadzić do byłego komisarza Wiktora Forsta. Tylko że Wiktor od roku nie daje żadnego znaku życia. 

Deniwelacja to nie tylko spotkanie ze starymi bohaterami, ale i zupełnie nowa, zaskakująca sprawa kryminalna. Ponownie oczy całej Polski zwrócone są w stronę Zakopanego, które w książce Remigiusza Mroza urasta do rangi prawdziwej stolicy zbrodni. Autor proponuje, jak zawsze, historię, która nie daje czytelnikowi spokojnie złapać oddechu. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, każdy rozdział kończy się zaskakującą informacją, tym samym nie pozwalając na dłużej oderwać się od lektury. Remigiusz Mróz już dawno opanował do perfekcji konstrukcję, która w słowniku języka angielskiego znajduje się pod hasłem page turner. A przemożna chęć zerknięcia na ostatnie zdanie powieści sprawia, że ciśnienie tylko rośnie. I nie może być inaczej, bo gdzie jak gdzie, ale w właśnie w tej serii cliffhanger to przysłowiowa wisienka na torcie. Ale żeby było jasne - słodko w Deniwelacji z pewnością nie jest. Autor serwuje swoim bohaterom seanse okrucieństwa, pewnie nieźle się przy tym bawiąc. O czytelnikach nie wspomnę, bo to oczywiste, że i ich emocje sięgają zenitu.

Seria z Wiktorem Forstem to mój ulubiony cykl powieściowy Remigiusza Mroza. Szczególnie cenię w tej serii lekkość z jaką autor zgrabnie żongluje motywami z pogranicza kryminału i sensacji. W mojej ocenie Deniwelacja przypomina pod tym względem Ekspozycję, trudno bowiem nie zauważyć, że obie powieści łączy  pewne przerysowanie rzeczywistości. Z kolejną historią o Forście jest trochę jak z filmami z Jamesem Bondem. Chwilami z niedowierzania uśmiechamy się z przekąsem, ale jednocześnie nie chcemy zrezygnować z dalszego czytania/oglądania. Narzekamy, że zabili go i uciekł, ale magia przygody robi swoje i koniec końców, w towarzystwie wybuchów i nieoczekiwanych splotów wydarzeń czekamy na finał. Deniwelacja z pewnością spodoba się czytelnikom, którym nie przeszkadza, że na fabułę warto spojrzeć z lekkim przymrużeniem oka. To w końcu naprawdę dobrze opowiedziana historia sensacyjna o rozrywkowym charakterze. Tylko tyle i aż tyle. 

Cieszę się, że seria o Wiktorze Forście wzbogaciła się o kolejny tom i ciągle mam nadzieję, że jednak ... ale to się pewnie okaże. Autor z pewnością wie, ale nic nie powie. Wskazówka - a jakże - znajduje się w zakończeniu Deniwelacji.

Nowalijki oceniają 5/6



za udostępnienia książki do recenzji.