środa, września 20, 2017

Krzysztof Bochus "Martwy błękit"

Krzysztof Bochus "Martwy błękit"

Kiedy kilka miesięcy temu przyjąłem do recenzji powieść Czarny manuskrypt (tutaj) Krzysztofa Bochusa nie wiedziałem jeszcze, że w moje ręce wpada właśnie świetnie napisany kryminał retro, którego fabuła wciągnie mnie na całego. Polubiłem zarówno styl debiutanta, który tak do końca nim nie jest, a przede wszystkim spodobała mi się postać radcy kryminalnego Christiana Abella. Krzysztof Bochus, dziennikarz, publicysta i wykładowca akademicki idzie za ciosem i po niezwykle udanym debiucie powraca z drugą częścią kryminalnej serii. Martwy błękit to nowe śledztwo Abella, angażujące, także czytelnika, od pierwszych stron i uwodzące klimatem przedwojennego Sopotu, opisanego przez autora z ujmującą dbałością o szczegóły. 

Jest rok 1933. W powietrzu czuć wiosnę, a nadmorski kurort tętni życiem. W okazałej sopockiej willi zostaje znaleziony martwy znany żydowski przedsiębiorca i kolekcjoner sztuki Saul Rottenberg. To, co na pierwszy rzut oka wygląda na samobójstwo, dla wnikliwego radcy kryminalnego Christiana Abella nie wydaje się takie oczywiste. Mnożą się pytania i pojawiają kolejne poszlaki, ale przełożeni Abella skłonni są szybko zamknąć śledztwo. Pikanterii wydarzeniom dodaje fakt, że Rottenberg był gorliwym wyznawcą Kabały, a do tego w rodzinie przedsiębiorcy nie działo się najlepiej. Wkrótce giną kolejni Rottenbergowie i Abell czuje, że czas ucieka, a jemu trudno choćby zbliżyć się do rozwiązania zagadki. 

Mroczny błękit od pierwszych stron wciąga czytelnika w sam środek wielowątkowej, świetnie napisanej historii, w której ogromną rolę odgrywa wieloznaczna symbolika, zarówno Kabały, jak i dzieł sztuki, które stary Rottenberg kolekcjonował według pewnego klucza. I to właśnie ten schemat pozwoli radcy kryminalnemu Abellowi rozwikłać zagadkę. Zanim to uczyni, i jego, i czytelników czeka fascynująca podróż do czasów, kiedy Sopot kusił atrakcjami, a niedaleko położne Wolne Miasto Gdańsk próbowało bronić się przed naciągającym nad Europę widmem faszyzmu. Krzysztof Bochus z dbałością o detale odtworzył świat sprzed II wojny światowej, skupiając się na ciekawostkach, które fabule dodają autentyczności i uatrakcyjniają opisywane wydarzenia. Nowa powieść to kryminał retro w najlepszym wydaniu z intrygą, która potrafi wywieść w pole i bohaterami, którym trudno nie kibicować. O tym, że arcydzieła malarskie wciąż kryją w sobie wiele tajemnic, nikogo nie trzeba przekonywać i tę wiedzę wykorzystał autor, wymyślając fabułę nowej powieści. 


Nawet najbardziej intrygująca fabuła nie przyciągnęłaby na dłużej uwagi czytelnika, gdyby nie bohaterowie. Tacy, jak choćby Abell. Radca kryminalny to postać, która jest motorem napędowym serii. Elegancki, sumienny i tajemniczy, a przy tym (zdaje się) przystojny i elokwentny. Czytelnik wciąż mało o nim wie, autor bowiem uchylił tylko rąbka tajemnicy, wspominając o wydarzeniach z jego przeszłości. Należy więc założyć, że na poznanie wszystkich sekretów Abella przyjdzie czas w kolejnych odsłonach cyklu, na co bardzo liczę. W Martwym błękicie policjant z Kripo trochę szarżuje, ale mając na uwadze dość umowne ramy gatunkowe powieści z pogranicza kryminału, sensacji i historii, można mu to wybaczyć. Spodobało mi się, że autor przełamał, rozrywkowy z założenia, charakter powieści, wprowadzając wątki związane z coraz śmielej poczynającym sobie w Europie nazizmem. Szybko okaże się, że to, co dla wielu bohaterów powieści było nieszkodliwą fanaberią, wkrótce stanie się dominującym elementem ponurej rzeczywistości. I choć ludzie wciąż bawią się w nadmorskim kurorcie, to widmo wojny czai się gdzieś na horyzoncie. 

Kończąc recenzję debiutu Krzysztofa Bochusa napisałem, że trzymam kciuki za to, aby druga powieść trzymała wysoki poziom Czarnego manuskryptu. Po lekturze Martwego błękitu napiszę tak - na półce z napisem polski kryminał retro warto zrobić miejsce dla nowego autora. U mnie w biblioteczce już jest. I miejsce, i powieść o radcy kryminalnym Christianie Abellu. A nawet dwie i z pewnością nie zabraknie go dla kolejnych. 


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autor Krzysztof Bochus
tytuł Martwy błękit

wydawnictwo Muza SA
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 448

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga
Nowalijki oceniają 5/6





Dziękuję Wydawnictwu Muza
za umożliwienie objęcia książki patronatem medialnym bloga 
oraz za udostępnienie egzemplarza do recenzji

niedziela, września 17, 2017

Marta Matyszczak "Zbrodnia nad urwiskiem"

Marta Matyszczak "Zbrodnia nad urwiskiem"

Marta Matyszczak nie zwalnia tempa. Ledwie w czerwcu recenzowałem Tajemniczą śmierć Marianny Biel (tutaj), a tu już wrzesień i drugi tom serii kryminału pod psem trafia w ręce czytelników. Tym razem autorka zabiera Solańskiego i Gucia (oczywiście!) na irlandzką wyspę, aby tam zbadać sprawę zaginięcia młodej Polki. Przy okazji odnajdzie się inna zguba, ale to wcale nie oznacza rychłego szczęśliwego zakończenia. Napisałbym, że raczej wszystko znów się pokomplikuje. 

Po sukcesie związanym z rozwiązaniem zagadki śmierci znanej chorzowskiej aktorki, Solański wydaje się łapać drugi oddech. Jego młoda agencja detektywistyczna łapie wiatr w żagle, choć po samym bohaterze wciąż nie widać zmian. Nawet wierny Gucio dostrzega, że jego pana coś gnębi i wciąż chodzi przybity. Kiedy Czesław Koszycki zgłasza się do Szymona z prośbą o pomoc, Solański nie wie jeszcze, że śledztwo zaprowadzi go, a właściwie przeprawi promem, na irlandzką wyspę Inishmore. To tam pracowała wnuczka Koszyckiego - Kasia. Jedyny trop to pakiet starych listów, które dziadek znalazł, jeszcze w Polsce, w pokoju wnuczki. Po przybyciu na wyspę okaże się, że poszukiwana dziewczyna nie żyje, a to będzie dopiero początek wydarzeń, w których dużą rolę odegrają wspomniane listy. I co na wyspie, gdzie diabeł mówi dobranoc robi Róża Kwiatkowska? 

Zbrodnia nad urwiskiem zaskakuje czytelnika zmianą otoczenia. Już w drugiej odsłonie cyklu Marta Matyszczak zabiera Solańskiego i Gucia w podróż do Irlandii. Przyznam, że mnie to zaskoczyło, choćby dlatego, że w chorzowskim familoku, a właściwie w jego mieszkańcach, widzę wciąż duży potencjał. A radykalna zmiana miejsca akcji powieści kojarzy mi się raczej z którąś tam odsłoną cyklu i potrzebą przykucia na nowo uwagi czytelników. Seria o Guciu jeszcze nie jest w takim momencie, zdecydowanie nie. Z drugiej strony ten książkowy wyjazd bohaterów pozwolił autorce w naturalny sposób przywrócić do fabuły Różę Kwiatkowską, która, jak pamiętamy, trzasnęła drzwiami w pierwszym tomie i tyle ją widzieli. 


Co ciekawe, wątek kryminalny w Zbrodni nad urwiskiem, choć jest główną osią fabuły, momentami zostaje zmarginalizowany poprzez wyeksponowanie, opisanej w listach, historii dwóch braci, których rozdzieliła II wojna światowa, a potem niekorzystne zmiany w Europie. Przez długi czas trudno zrozumieć sens umieszczenia tego motywu w powieści, ale spokojnie - z czasem wszystko się wyjaśni. I nie tak, jak czytelnik mógł się tego spodziewać. Autorka przesunęła także środek ciężkości swojej powieści na wątki obyczajowe, pokazujące skomplikowane koleje losu poszczególnych bohaterów. A także rozprawiła się ze stereotypami na temat Polaków i Irlandczyków. I trzeba przyznać, że obu nacjom dostało się po równio, ale ... z przymrużeniem oka.

Odcięta od świata wyspa, pensjonat z mało sympatyczną właścicielką i tajemniczymi gośćmi, wreszcie trup. I sztorm. Trudno nie zauważyć, że Marta Matyszczak wykorzystała znany motyw, choćby z powieści Agathy Christie. W mojej ocenie Zbrodnia nad urwiskiem to udana próba przeniesienia na polski grunt (choć w sumie jednak na irlandzką wyspę) gatunku cozy mystery. Autorka wzbogaciła go o wątki humorystyczne, czy odnoszące się do współczesności. I choć akcja nie pędzi na złamanie karku, całość wyszła bardzo zgrabnie. 

Zakładając, że na dwóch tomach się nie skończy, przed autorką ciekawe wyzwanie. Jeden z atutów powieści - Gucio, wciąż wiele dobrego może uczynić dla kolejnej fabuły, ale wiadomo, że nowością już nie będzie. Dostrzegam sporo możliwości w postaci Róży Kwiatkowskiej, której Marta Matyszczak dała szansę na rozwinięcie skrzydeł. I coś mi podpowiada, że była dziennikarka dopiero się rozkręca. Ja jej kibicuję. I Solańskiemu. I Guciowi. I oczywiście Autorce, licząc na kolejne spotkania z bohaterami jej powieści. 


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autorka Marta Matyszczak
tytuł Zbrodnia nad urwiskiem

wydawnictwo Wydawnictwo Dolnośląskie
miejsce i rok wydania Wrocław 2017
liczba stron 296

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6





Dziękuję Autorce i Grupie Wydawniczej Publicat S.A. 
za udostępnienie powieści do recenzji. 

niedziela, września 10, 2017

Hanya Yanagihara "Ludzie na drzewach"

Hanya Yanagihara "Ludzie na drzewach"

Wciąż pamiętam jak duże emocje, niekoniecznie tylko pozytywne, wzbudziła powieść Hanyi Yanagihary Małe życie (recenzja) Mimo że nie wszystko w tamtej historii przypadło mi do gustu, do dziś siedzi mi ona w głowie. I to uczucie, kiedy w emocjach kończyłem lekturę i na kilka dni musiałem zupełnie odłożyć inne książki. Z tym większym zaciekawieniem, ale i z niepokojem wyczekiwałem polskiego wydania Ludzi na drzewach - debiutanckiej powieści Yanagihary, która pisała ten tekst podobno przez osiemnaście lat. Z jakim skutkiem? I czy można/warto/należy porównywać obie fabuły? 

Fabuła Ludzi na drzewach z pozoru jest dość nieskomplikowana, choć od pierwszych stron zaskakuje. Już bowiem na samym początku czytelnik dostaje najistotniejszą dla historii informację, a to wszystko, co opisuje Yanagihara, to spojrzenie w przeszłość, niezwykle rozbudowana retrospekcja, w czasie lektury której, czytelnik nie tylko poznaje głównego bohatera, ale i stara się wyłapać wszystkie informacje licząc na to, że ułożą się w solidną całość. Autorka zdecydowanie nie ułatwia tego zadania; w natłoku informacji, łatwo zgubić ten najważniejszy wątek i tak dopiero Postscriptum pozwoli odetchnąć z ulgą i utwierdzić się w słuszności własnych przemyśleń i interpretacji. 

A zaczyna się od skandalu. Oto ceniony naukowiec, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, doktor Abraham Norton Perina zostaje oskarżony przez jedno z adoptowanych dzieci o nadużycia o charakterze obyczajowym. W wyniku postawionych mu zarzutów zostaje skazany na karę więzienia. Na nic splendory i bogata kariera naukowa. Czy zarzuty stawiane naukowcowi są prawdziwe, czy może niewdzięczny adoptowany syn postanawia zemścić się na Perinie? Światło na splot wydarzeń, które doprowadziły doktora za kraty, ma rzucić pamiętnik, spisany na prośbę wieloletniego przyjaciela i współpracownika doktora  - Ronalda Kubodery. Ron, jak nazywają go najbliżsi, zostaje redaktorem tekstów Periny i autorem licznych przypisów, mianuje siebie również cenzorem, świadomie usuwając z zapisków przyjaciela fragmenty drażliwe lub stawiające go w nieciekawym świetle. I pewnie pamiętniki doktora przypominałyby literaturę hagiograficzną, gdyby nie zakończenie - być może zbyt oczywiste, być może celowe - w każdym razie w rozpoznawalnym dla Yanagihary stylu.

Nadambitny Perina kończy studia medyczne i rozpoczyna nudą pracę w laboratorium. Kiedy więc nadarza się możliwość dołączenia do wyprawy naukowej słynnego antropologa Paula Tallenta, młody lekarz nie zastanawia się ani chwili. Na jednej z mikronezyjskich wysp na Pacyfiku dokonuje odkrycia, które nie tylko przyniesie mu ogromną sławę, ale i pod znakiem zapytania postawi kwestię moralności i granic, których współczesna nauka nie powinna przekraczać, nawet za cenę zaprzepaszczenia szansy na zrewolucjonizowanie dotychczasowych poglądów. 

Na debiutancką powieść Hanyi Yanagihary można patrzeć z różnej perspektywy. Z jednej strony to próba odpowiedzi na pytanie, gdzie kończy się granica między potrzebą odkrywania, a zaczyna się czysty wyzysk. Jak daleko może posunąć się naukowiec, aby zrealizować swoje ambicje i jakim kosztem to uczynić. Czy zachodnia cywilizacja ma jakiekolwiek prawo ingerować w świat innych wartości i kultury tylko dlatego, że dała sobie takie prawo? Z drugiej strony to biografia człowieka, którego  wspomniana zachodnia cywilizacja ukształtowała, wyposażyła w cały zestaw narzędzi i tylko od niego zależy, jak je wykorzysta. Perina dokonuje czynów zarówno obrzydliwych jak i ważnych, ale rozgrzeszenie go będzie niemożliwe, a rozliczenie wypadnie ostatecznie na jego niekorzyść. 


Ludzie na drzewach mają ciekawą konstrukcję. Pamiętnik Periny, naukowo opracowany przez Kuboderę, to intrygująca podróż przez kolejne lata życia doktora i jednocześnie wędrówka po nieznanej wyspie. Chwilami czyta się tę powieść jak reportaż National Geographic, z tak wielką precyzją autorka stworzyła nie tylko wyspę i jej mieszkańców, ich kulturę, obyczajowość oraz mentalność, ale także - dla przeciwwagi - faunę i florę. Przypisy Kubodery są niczym innym, jak tylko profesjonalnym, odwołującym się do licznych źródeł, naukowym opracowaniem kolejnych etapów zawodowej kariery Periny. W te dywagacje wplecione zostały wątki osobiste, w tym niełatwe relacje z bratem bliźniakiem, zdeklarowanym gejem, który odegrał istotną rolę w doprowadzeniu doktora za kraty. Mając na uwadze fakt, że biografia głównego bohatera oparta jest na życiorysie prawdziwego naukowca, a sama Yanagihara ma talent do konfabulowania, warto docenić wieloletni wysiłek włożony w napisanie tej powieści. I trzeba zaznaczyć, że autorka nie odkrywa całkowicie nieznanych dróg literatury. Uważny czytelnik dostrzeże bowiem, że motywy i wątki nie są zupełnie oryginalne i już zdążyły się pojawić tu i tamLudzie na drzewach może chwilami nużą, ale warto sięgnąć po ten debiut, ponieważ historia doktora Perina jest intrygująco (a może nawet irytująco) dwuznaczna i mimo że opisuje wyprawę z lat 50-tych, okazuje się wciąż bardzo aktualna. 

Zastanawiałem się, czy w Ludziach na drzewach dopatrzę się jakichś podobieństw do Małego życia. Nie mam na myśli fabuły, tylko elementy narracji i stylu pisarki. Druga powieść Yanagihary epatowała okrucieństwem i mogła rozczarowywać nierówno poprowadzoną narracją. Debiut jest pozbawiony tych wad. Autorka pisze o kwestiach nad wyraz drażliwych, ale czyni to w sposób stonowany i konsekwentnie prowadzi fabułę, a jeśli wpada na literackie mielizny, to tylko od czasu do czasu.

Po lekturze dwóch powieści Hanyi Yanagihary wiem, że choć nie wszystko w jej prozie mi się podoba, to dopisuję to nazwisko do listy ulubionych. Dobrze, że literatura wciąż budzi emocje, zmusza do refleksji, prowokuje, denerwuje i nie pozostawia wobec siebie obojętnym. Podczas czytania Ludzi na drzewach i Małego życia - gama skrajnych emocji gwarantowana.


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autorka Hanya Yanagihara
tytuł Ludzie na drzewach
tytuł oryginału The People in the Trees
przekład Jolanta Kozak

wydawnictwo W.A.B.
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 448

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6




za udostępnienie egzemplarza do recenzji przedpremierowej.








środa, września 06, 2017

C.D. Payne "Buntownicza młodość. Dziennik Nicka Twispa"

C.D. Payne "Buntownicza młodość. Dziennik Nicka Twispa"

Lubicie siebie z czasów młodości, takiej szkolnej - podstawówkowej albo gimnazjalnej? Kiedy świat wkurza, dorośli nie rozumieją, byle drobiazg potrafi urosnąć do rangi dramatu, a ciało ... No cóż, ciało żyje własnym życiem, reagując po swojemu w najmniej oczekiwanym momencie? Podejrzewam, że jednak z ulgą oddychacie ciesząc się, że trudny czas dorastania macie już za sobą. Zupełnie inaczej niż Nick Twisp, bohater serii powieści humorystycznych amerykańskiego autora C. D. Payne'a. Buntownicza młodość. Dziennik Nicka Twispa to pierwszy tom serii, która skierowana jest raczej do dorosłego czytelnika i to takiego, który ma sporo dystansu - głównie do samego siebie. 

Nick Twisp ma czternaście lat i wraz z matką mieszka w Oregonie, rzut beretem od San Francisco. Niepostrzeżenie dla samego siebie wszedł w okres dojrzewania i przechodzi wszystkie zawirowania charakterystyczne dla tego okresu. Pomijając fakt, że wciąż myśli tylko o jednym i zmaga się z jedyną słuszną reakcją młodego ciała, zmuszony jest przebywać w gronie dorosłych, o których trudno napisać, że stanowią wzór godny naśladowania. Rodzice Nicka są po rozwodzie - matka spotyka się z niewłaściwymi mężczyznami, a ojciec lubi przygruchać sobie partnerkę tak samo ładą, jak nieskomplikowaną intelektualnie. Jest jeszcze starsza siostra, która w poszukiwaniu przygód i szczęścia wyjechała do Los Angeles. Świat Nicka kręci się wokół seksu, a właściwie fantazjowaniu o nim, kolejnych zauroczeniach, dysputach z najlepszym kumplem Lewusem (skądinąd oryginalna ksywa), problemach w domu i w szkole. I nawet wakacje Nicka nie mogą być zwyczajne, choć akurat to wyjazd sprawił, że bohater zaczął się buntować. Wszak bunt jest częścią dorastania. 

C. D. Payne napisał powieść, w której swobodnie przekracza granice, a każdą fabularną szarżę da się usprawiedliwić. Już od pierwszych stron można wyczuć specyficzne poczucie humoru autora, które nie przypadnie do gustu każdemu czytelnikowi. Payne bywa dosadny, obrzydliwy i nawet obsceniczny, ale nie można mu odmówić trafnych spostrzeżeń na temat rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych w Ameryce. Buntownicza młodość. Dziennik Nicka Twispa to przykład gatunku literackiego w Polsce niezbyt popularnego, opartego na nieprawdopodobnej fabule, która na pierwszy rzut oka wydaje się jednak realistyczna. Im bardziej czytelnik zagłębia się w tekst, tym wyraźniej dostrzega, że zarówno bohaterowie, jak i wydarzenia są mocno przerysowane, pokazane w krzywym zwierciadle, potraktowane z humorem nie zawsze najwyższych lotów. To zagranie celowe i charakterystyczne dla gatunku, który w satyrycznym, a nawet absurdalnym ujęciu komentuje różne aspekty rzeczywistości. Dlatego trzeba mieć świadomość, że dowcip powieści Payne'a typowy jest raczej dla spotkania w męskim gronie przy entym piwie, niż pasuje do wizyty u nobliwej ciotki. Czasem daleko mu do zawadiackiej rubaszności, ale ja kupuję ten koncept, choćby z sentymentu dla własnej hm ... młodości. 


Wracając do czasów młodości... Powieść C.D. Payne'a nieomal natychmiast skojarzyła mi się z książką Sue Townsend Adrian Mole lat 13 i 3/4. Sekretny dziennik i kolejnymi częściami cyklu. I z serialem BBC na podstawie książki. I z wątkiem z linijką. Może ktoś z czytelników jeszcze pamięta, po co Adrianowi była ona niezbędna do życia? I choć oba tytułu dzieli ocean i dekada,  powieści odrobinę trącą myszką, to muszę przyznać, że przygody Nicka Twispa przeczytałem z niekłamaną przyjemnością. Raczej rechocząc niż się śmiejąc i ze świadomością, że to taki rodzaj humoru, który nie każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu. Ja kupuję tę konwencję i liczę, że Wydawnictwo Stara Szkoła zdecyduje się na publikację kolejnych części serii o Nicku Twispsie. Czasem warto po prostu się pośmiać. 


źródło: www.empik.conm
Informacje o książce

autor C.D. Payne
tytuł Buntownicza młodość. Dziennik Nicka Twispa
tytuł oryginału Youth in Revolt: The Journals of Nick Twisp (Volume I)
przekład Mirosław Śmigielski

wydawnictwo Stara Szkoła
miejsce i rok wydania Wołów 2017
liczba stron 302

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6



za udostępnienie egzemplarza do recenzji



niedziela, września 03, 2017

Robert Małecki "Porzuć swój strach"

Robert Małecki "Porzuć swój strach"

Z debiutancką powieścią Roberta Małeckiego Najgorsze dopiero nadejdzie (tutaj) czytelnicy zetknęli się jesienią 2016 roku. Bardzo szybko okazało się, że historia Marka Benera pozytywnie wyróżnia się na tle innych powieści kryminalnych, a dojrzały styl autora sprawił, że trudno było uwierzyć, iż ma się do czynienia z debiutantem. Sprawnie napisana powieść przypadła mi do gustu i choć tego i owego się przyczepiłem, to jednak Robert Małecki otrzymał ode mnie kredyt zaufania - jak najbardziej słusznie. Porzuć swój strach, drugi tom cyklu, jest bowiem jeszcze lepszy od debiutu i wyraźnie pokazuje, że autor ma starannie przemyślany pomysł na całą trylogię i nie ustaje w pracy nad stylem.

Marek Bener nadal szefuje Echu Torunia i wciąż nie ma żadnych odpowiedzi na dręczące go pytania, związane z tajemniczym zniknięciem ciężarnej żony. Od tragicznego zdarzenia minęło sześć lat i dziennikarz ma poczucie, że w tej sprawie nie posunął się ani o krok. Życie toczy się jednak dalej i Bener stara się w miarę normalnie funkcjonować. Na prośbę lokalnego biznesmena postanawia przyjąć zgłoszenie o zaginięciu jego córki - maturzystki. Sprawa od samego początku wydaje się podejrzana - dziewczyna była bowiem widziana już po zgłoszeniu zniknięcia, a jej rodzina zdaje się ukrywać niejeden sekret. Na styku lokalnych wpływów i dużych pieniędzy wszystkie chwyty są dozwolone, zatem bohaterowie powieści nie bawią się w subtelności. Tymczasem Marek Bener odkrywa drobny szczegół, który zaginięcie młodej dziewczyny łączy ze zniknięciem żony. Aldona Terlecka, prawa ręka dziennikarza, podejmuje się napisania artykułu o hazardzie i tym samym ściąga na siebie gniew ludzi, którzy nie lubią, kiedy obcy mieszają im w interesach. 


Już w pierwszym tomie kryminalnej serii Robert Małecki pokazał, że dobrze czuje się w powieści gatunkowej, którą na prywatny użytek nazwałem kryminałem miejskim. Toruń, który ostatnio ma szczęście do bycia tłem w powieściach sensacyjnych, znakomicie sprawdził się w roli miasta występku i hazardu. Nie jest przecież nigdzie zapisane, że ciemną stronę mogą mieć tylko metropolie i Robert Małecki wykorzystuje możliwość, jaką daje umiejscowienie akcji w konkretnej przestrzeni. Czytelnik przemierza zarówno toruńskie ulice, jaki i okoliczne miejscowości, towarzysząc Benerowi w kolejnych etapach nieformalnego śledztwa. To ukonkretyzowanie sprawia, że powieść zyskuje na aktualności, a sprawa zniknięcia maturzystki na autentyczności. 

W poprzedniej recenzji zwracałem uwagę na widoczne przerysowanie wydarzeń, ale przy omawianiu Porzuć swój strach mogę napisać, że autor nie szarżuje, a Benerowi daleko jest do superbohatera. Mam zresztą wrażenie, że klimat drugiej części serii jest odrobinę mroczniejszy, a główny bohater bardziej zrezygnowany, niż miało to miejsce w poprzedniej książce. Dziennikarz ma bowiem świadomość, że sprawa zaginionej żony zaczyna się zacierać, ale w momencie, kiedy kompletnie niepasujące do siebie elementy układanki zaczynają powoli wskakiwać na swoje miejsce, w Benera wstępują nowe siły. Oby starczyło mu ich do samego końca. 

Trudno było to dostrzec jeszcze w Najgorsze dopiero nadejdzie, ale w Porzuć swój strach widać ja na dłoni, że autor ma staranie przemyślaną całą intrygę i że żaden z już wyjawionych tropów nie ujrzał światła dziennego przez przypadek. Kilkakrotnie podczas lektury otwierałem szeroko oczy ze zdziwienia, orientując się, że oto znów coś kliknęło w tej skomplikowanej układance. Co z tego jednak, że pasuje, skoro autor zakończył drugi tom tak, że nic, tylko czekać na finałową (?) odsłonę. 

Zanim dotrzecie do zakończenia drugiego tomu, szykujecie się na ostre tempo w końcówce i ogólnie na sporo zaskoczeń, ponieważ wiele wskazuje na to, że Benera czeka jeszcze niejeden szok i sporo zmian w życiu. Po cichu mam nadzieję, że jednak wszystko pójdzie w dobrym kierunku, ale obawiam się, że tytuł trzeciej części sugeruje coś całkowicie odmiennego. Poczytamy - zobaczymy!

A i jeszcze jedna uwaga - czytajcie powieść uważnie, żeby nie przeoczyć pewnego autoironicznego smaczka. 


źródło www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autor Robert Małecki
tytuł Porzuć swój strach

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 448

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga

Nowalijki oceniają 5/6




za udostępnienie powieści do recenzji
i umożliwienie objęcia powieści patronatem medialnym bloga


czwartek, sierpnia 31, 2017

PODSUMOWANIE MIESIĄCA SIERPIEŃ 2017

PODSUMOWANIE MIESIĄCA SIERPIEŃ 2017

* Sierpień - niby lato w pełni, tego roku chyba przez kilka dni goręcej niż zwykle, ale w perspektywie koniec urlopu i powrót do codzienności. Z jednej strony szkoda, że znów na wiele nie starczy czasu, z drugiej - powrót do codziennej rutyny pozwala ustawić się w pionie. I nagle okazuje się, że tylko wtedy, kiedy nie ma się czasu, na się go na wszystko - potrzeba tylko dobrej organizacji. Po sierpniu jest wrzesień, zapowiedź nadchodzącej jesieni - mojej ulubionej pory roku - molom książkowym nie trzeba wyjaśniać, dlaczego ...

* Czytelniczo już raczej standardowo - na blogu pojawiło się 11 recenzji i wydaje mi się, że taka liczba jest optymalna, choć we wrześniu z pewnością będzie słabiej w związku z wyjazdem na obóz naukowy mojej szkoły. Przez 10 dni raczej niczego nie przeczytam dla przyjemności, o pisaniu na blogu nawet nie wspominam. To chwilowe wolne dobrze mi robi, odpoczynek od blogowania też jest potrzebny, choćby po to, by z radością wrócić do pisania w październiku. Targowym październiku.


* Po urlopie czekało na mnie sporo nowości i znów mam zaległości, ale trudno - ponieważ nadal sporo odmawiam, więc jest szansa, że powoli wyjdę na prostą. Pobożne życzenie, ale może kiedyś się ziści? Sam chyba w to nie wierzę :) 

* Sierpień zacząłem od nowej powieści Elisabeth Herrman Opiekunka do dzieci, następnie przeczytałem Co się zdarzyło w Lake Falls Artura K. Dormanna, a zaraz potem rozczarowanie w postaci Drogi do ciebie J.P. Monningera. Sierpień to także nowy patronat bloga, czyli Kelner Przemysława Garczyńskiego. Sekrety Sztokholmu  Hanny Lindberg miały być przebojem, okazały się narracyjnym kitem. Bywa i tak. Koniecznie musiałem odreagować czymś ambitniejszym i mój wybór padł na debiut Richarda Flanagana Śmierć przewodnika rzecznego . Japoński kryminał zbiera różne oceny, ale mnie Przeczucie Tetsui Hondy przypadło do gustu. Jorn Lier Horst to dla mnie pewnik, dlatego Felicia zaginęła wystarczyła mi na jedno popołudnie i już czekam na więcej. Po dłuższej przerwie wróciłem do powieści Marka Krajewskiego. I choć Mock  oryginalnością nie grzeszy - czytało mi się go zupełnie przyjemnie. Przedostatnia książka w sierpniu to kolejny patronat, tym razem to Furia Michała Larka - książka, której nie potrafię jednoznacznie ocenić. I jeszcze Martwe listy  Caite Dolan - Leach - misternie skonstruowana historia, która pozostawiła mnie z pewnym niedosytem. 


* Bardzo nie lubię, kiedy wydawnictwo rzuca blogerom 20 egzemplarzy recenzenckich z hasłem "Kto pierwszy, ten lepszy". Rozumiem, że tych książek nie ma nieskończonej liczby, ale takie zachowanie uważam za niepoważne. Albo wydawnictwu zależy, aby książka trafiła w dobre ręce, albo jest im to obojętne. Zupełnie inaczej czuję się. gdy ktoś proponuje mi jakiś tytuł, inaczej, kiedy mam uczestniczyć w jakimś wyścigu. Dużo pisze się o relacjach na linii bloger - wydawca i  jak dla mnie, taka praktyka jest co najmniej dyskusyjna. Na mnie działa tak, że natychmiast wyrzucam maila do  kosza i zamykam temat. I choćby dlatego nie przeczytacie u mnie przedpremierowej recenzji pracy o historii brody. A pytacie, jak to możliwe, że u mnie jej nie ma? Książki. Nie brody - broda jest. To już wiecie. Zresztą uważam, że wydawnictwo mogło się wysilić i wyłuskać z blogosfery tych kilkunastu aktywnych blogerów i to do nich wysłać egzemplarz. A tak - zabrakło wyobraźni i z książką (trochę) męczą się koleżanki blogerki. To tak, jak z biografią Casanovy. Przez moment była wszędzie (miała ciekawe dodatki w sam raz na IG), ale sensowych recenzji tytułu jak na lekarstwo. No, ale skoro taką książkę wysyła się młodziutkiej blogerce, to trudno oczekiwać pogłębionej analizy. Oczywiście boleśnie uogólniam, ale mam nadzieję, że czujecie, o co mi chodzi. 

* Dwa lata temu recenzowałem swoją pierwszą powieść Remigiusza Mroza 




* Rok temu "Drogę do domu"- to jednocześnie pierwsza recenzja oficjalna dla portalu LC - bardzo cenię sobie tę współpracę :) 


* Serialowo właściwie bez zmian: nadal "Trzynaście powodów", "Riverdale", "The Bold Type", "Twin Peaks" oraz pierwszy sezon "Rodziny w opałach" (https://www.netflix.com/browse?jbv=80117694&jbp=0&jbr=2) i drugi sezon "Niepewnych" (https://www.hbogo.pl/content/insecure--275090680). Kablówki nie oglądam praktycznie od półtora roku i zdecydowałem się nie przedłużać umowy na telewizję. Wystarczają mi Netflix, HBO GO, Showmax i Amazon Prime Video (choć nadal czekam na oficjalną premierę serwisu w Polsce).

* Właśnie się zorientowałem, że ten kawałek ma już 10 lat. Jak to? Już? EDIT - mam uważne Czytelniczki - piosenka jest z 1995 roku, zatem ma lat .. 22... Starość nie radość, młodość nie wieczność ;) 


* I jeszcze blogi, które polecam Waszej uwadze:

www.martamrowiec.pl
www.tanayahczyta.wordpress.com
www.ruderecenzuje.pl
www.lustrorzeczywistości.pl
www.nieortodoksyjny.blogspot.com

 ... i znów to tylko kilka. Jeśli chcecie mnie do siebie zaprosić, zostawcie komentarz pod tym wpisem. Obiecuję zajrzeć :) 



* I to by było na tyle. Oczywiście obiecałem sobie, że do tego wpisu będę się przygotowywał sukcesywnie przez cały miesiąc, zrobię grafiki i zadbam o tekst. Jak wyszło? Jak zawsze. Dziękuję za odwiedziny i komentarz.


Do  miłego!
Tomek 

środa, sierpnia 30, 2017

Caite Dolan - Leach "Martwe listy"

Caite Dolan - Leach "Martwe listy"

Kiedy przeczytało się w życiu kilka książek, to od każdego nowego tytułu oczekuje się, że czymś zaskoczy, uwiedzie i nie pozostawi czytelnika obojętnym. W przypadku debiutu oczekiwania bywają nawet większe, oto być może pojawia ktoś, kto do szeroko pojętej literatury wprowadzi nową wartość. I nie ma znaczenia, czy czytelnik sięga się po gatunek popularny, czy ambitny. Fabuła albo ma to niedefiniowalne coś, albo jest tego czegoś pozbawiona. Debiutancka powieść Caite Dolan - Leach Martwe listy okazała się dla mnie jedną z tych książek, które wymykają się jednoznacznej ocenie. Niejednorodna gatunkowo, wciąga czytelnika w sam środek misternie skonstruowanej intrygi, ale brakuje jej takiego elementu, który sprawiłby, że historia bliźniaczek na długo zapadnie w pamięci. 

Ava mieszka w Paryżu, gdzie próbuje sobie ułożyć życie po małej katastrofie, którą zgotowała jej siostra bliźniaczka Zelda. Kiedy do Paryża docierają tragiczne wieści na temat Zeldy, Ava zostaje zmuszona do przyjazdu do rodzinnej winnicy pod Nowym Jorkiem, aby poznać prawdę o śmierci siostry i przygotować się do jej pogrzebu. Już na miejscu zaczyna otrzymywać korespondencję od nieżyjącej siostry, która w ten sposób postanawia nie tylko pomóc Avie w odtworzeniu ostatnich chwil życia, ale i zmusić ją do spojrzenia na rodzinę i panujące w niej relacje. Czyżby Zelda żyła i okrutna zabawa uczuciami siostry miała okazać się zemstą za ucieczkę do Europy? A może nieobliczalna Zelda wpakowała się w kłopoty, od których nie ma ucieczki? Przed Avą niezwykle trudne i wyczerpujące psychicznie zadanie. Co jest prawdą, a co okaże się mistyfikacją? I czy rzeczywiście niewiedza jest błogosławieństwem?

Martwe listy od pierwszych stron intrygują czytelnika, zapowiadając fabułę gęstą i niejednoznaczną. Od chwili, kiedy Ava orientuje się, że ktoś zaczyna bawić się jej kosztem, ciekawość i jej, i czytelników rośnie, ale nie ma co oczekiwać od debiutu Dolan - Leach prostego thrillera z akcją pędzącą na złamanie karku. Jest wręcz odwrotnie. Fabuła rozkręca się wolno, a nawet bardzo wolno, autorka krok po kroku buduje napięcie, wprowadza wątki, przywołuje liczne retrospekcje z życia obu sióstr. Z drobnych elementów buduje portret rodziny Antipovów. I nie będzie zdradzeniem żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że to rodzina dysfunkcyjna, której rozpad trwa od lat i wiele wskazuje na to, że nic już jej nie pomoże. 

Autorka zastosowała w swoim debiucie pomysłowe rozwiązanie fabularne. Wątek kolejnych wiadomości od rzekomo zmarłej siostry chwilami schodzi na plan dalszy, ale  tym samym  pozwala Dolan - Leach wyeksponować motyw rodziny Antipovów. Thriller płynnie przechodzi więc w powieść psychologiczną, w której nie można być pewnym intencji żadnej z postaci. Zarówno Zelda, jak i Ava, że o rodzicach nie wspomnę, mają sporo za uszami, a im bliżej finału poszukiwania prawdy o tragicznych wydarzeniach, tym więcej rodzinnych brudów wychodzi na światło dzienne.



Podążanie za kolejnymi etapami psychologicznej gry, którą zainicjowała Zelda, obserwowanie jak Ava odkrywa nowe wskazówki pozostawione przez siostrę, wreszcie przepychanki między członkami rodziny angażują czytelnika, trzymając go w ciągłej niepewności. Trudno nie dostrzec i tym samym nie docenić misternej i dopracowanej intrygi, która do ostatnich stron nie zdradza prawdziwych intencji jej książkowej pomysłodawczyni. 

Caite Dolan - Leach napisała powieść, która sprawnie łączy elementy klasycznej powieści obyczajowej z thrillerem. Martwe listy klimatem przypominają mi książki Daphne du Maurier, raczej w warstwie literackiej i obyczajowej, niż w sensacyjnej. I mimo że doceniam ten debiut, to w moim odczuciu zabrakło Martwym listom tego czegoś, co sprawiłoby, że powieść na długo zapadanie mi w pamięć. Może to wina zakończenia, może tego, że nie złapałem dobrego kontaktu z główną bohaterką? Paradoksalnie jednak, książkę dobrze mi się czytało, zwłaszcza fragmenty obyczajowe, analizujące rozpad relacji w rodzinie Avy i Zeldy. 

Warto sięgnąć po Martwe listy, choćby po to, aby przekonać się, czy w temacie literatury popularnej napisano już wszystko, albo  by ocenić, czy debiutantce udało się zaskoczyć czytelnika na przykład nietypowo poprowadzoną narracją. 

I z pewnością otwieranie kolejnego maila nie będzie już taką zwyczajną czynnością. Nie będzie ...



źródło: www.wydawnictwofilia.pl
Informacje o książce

autorka Caite Dolan - Leach
tytuł Martwe listy
tytuł oryginału Dead Letters
przekład Adrian Tomczyk


wydawnictwo FILIA/FILIA Mroczna Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 424

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6






za udostępnienia książki do recenzji.

niedziela, sierpnia 27, 2017

Michał Larek "Furia"

Michał Larek "Furia"
Trochę ponad rok temu przeczytałem Mężczyznę w białych butach  Michała Larka i Waldemara Ciszaka. Książka (tutaj) zaintrygowała mnie ujęciem tematu i udanym odtworzeniem realiów lat dziewięćdziesiątych. Nie ma co ukrywać, że duet autorów postawił sobie wysoko poprzeczkę i tym samym wzmocnił apetyt czytelników na kolejne tytuły. Z tym większym zaciekawieniem sięgnąłem po Furię - pierwszy tom serii Dekada, w której Michał Larek (solo) podąża ścieżką znaną z dwóch poprzednich książek. Z jakim skutkiem? Według mnie - niejednoznacznym w ocenie. 

Akcja powieści (choć ta przynależność gatunkowa jest na wyrost) rozgrywa się w 1992 roku. Polska znajduje się stanie transformacji ustrojowej - stare walczy z nowym, wspomnienie czasów słusznie minionych z rodzącym się w błyskawicznym tempie konsumpcjonizmem. W poznańskim Wydziale Kryminalnym także zachodzą zmiany. Niedawni milicjanci nagle stali się policjantami, ale zbrodnia została zbrodnią - bez względu na przemiany ustrojowe. W podpoznańskim lesie zostają znalezione zmasakrowane zwłoki kobiety, a napaść na nią ma podtekst seksualny. Wkrótce giną kolejne ofiary i rusza dochodzenie, a jedynym punktem zaczepienia jest pojawiający się w pobliżu samochód dostawczy. Śledztwo prowadzi Harry, kontrowersyjna legenda poznańskiej policji, a wspiera go grupa dochodzeniowa z nowo przyjętą do służby posterunkową Katią Domagałą. 

Furia ma w zasadzie bardzo prostą fabułę. Są ofiary, są policjanci, pojawia się potencjalny morderca, którego personalia czytelnik poznaje bardzo szybko. Cała reszta to odtworzenie dochodzenia, badanie poszlak, analiza śladów i interpretacja zeznań świadków. Co ciekawe, Harry znika i z bohatera typowanego na pierwszoplanowego, zostaje zredukowany do postaci epizodycznej. Zagranie ryzykowne, ale pozwalające autorowi wyeksponować innych bohaterów i zostawić sobie otwartą furtkę do kolejnych części. Pytanie tylko, czy taki ruch dobrze wpłynął na fabułę? W moim odczuciu niekoniecznie, bo Katia w Furii nie okazała się na tyle mocną postacią, aby udźwignąć ciężar historii. Miałem też wrażenie, że policjanci wyjątkowo nieudolnie prowadzili dochodzenie w sprawie gwałciciela, chociaż autor podrzucał im sporo przesłanek, inna sprawa, że śledczy długo ich nie zauważali. 


Michał Larek doskonale czuje się w klimatach lat dziewięćdziesiątych i to widać w Furii. Z powodzeniem oddał atmosferę panującą zarówno w Polsce, jaki i w poznańskiej policji. Zachłyśnięcie się zachodnim stylem życia kontrastuje z przaśnością czasów głębokiego PRL -u. Przemiana ustrojowa, ale i obyczajowa okazała się szokiem i wprowadziła dezorientację. Policjanci z Wydziału Kryminalnego chcą być tacy sami, jak bohaterowie amerykańskiego kina klasy B, albo oglądanych wtedy na pirackich kasetach video przebojów Władysława Pasikowskiego (Kroll i Psy powstały w tym samym czasie, kiedy dzieje się akcja Furii). I chyba właśnie tym należy tłumaczyć dosadny język książki Larka. Mając na uwadze historię i bohaterów, trudno oczekiwać, aby mówili oni okrągłymi zdaniami i jędrny język celnie charakteryzuje  policjantów, jednak nie widzę potrzeby, aby klęli wszyscy i wszędzie. Złapałem się na tym, że zamiast śledzić wydarzenia, zżymałem się właśnie na język, jakim posługiwali się bohaterowie. Podobne odczucia miałem także przy konstrukcji samej fabuły. Krótkie sceny, czasem tylko dialogi i zredukowane opisy oczywiście dynamizują opowieść i oddają nerw wydarzeń, ale sprawiają też, że Furii zabrakło płynności. Nie wiem, czy autor chciał odżegnać się od formy reportażu, ale to właśnie ten gatunek przebija przez kolejne strony pierwszego cyklu Dekady. Odwołaniami do stylistyki polskiego kina akcji z lat dziewięćdziesiątych tłumaczę sobie również brak głębszego portretu psychologicznego postaci, zredukowanych właściwie do ich seksualności. Ale tutaj autor daje wyraźną wskazówkę interpretacyjną umieszczając jako motto książki fragment jednej z pracy Rene Girarda. Tak jak w życiu, tak i w Furii wszystko kręci się wokół jednego - zarówno z kobiecego, jak i z męskiego punktu widzenia. 

Jestem przekonany, że Furia jest dokładnie taka, jak ją sobie autor wymyślił. Trudno mi bowiem uwierzyć, że Michałowi Larkowi coś wymknęło się spod kontroli przy pracy nad tym swoistym drugim debiutem. Co więcej, te elementy, które mnie nie przypadły do gustu, z pewnością spodobają się innym czytelnikom, bo powieść (wciąż nie czuję, że to dobra klasyfikacja) czyta się szybko, wzbudza szereg skrajnych emocji, a wiele dyskusyjnych elementów w konstrukcji Furii można wyjaśnić tym, że seria dopiero się rozkręca. Nie zmienia to  jednak faktu, że kupuję Furię z oporami, a moja ocena może być tylko powściągliwa. Warto jednak pamiętać, że nowa książka Michała Larka to nie Mężczyzna w białych butach ani Martwe ciała i że seria rządzi się własnymi prawami. Piłeczka jest teraz po stronie autora. 


źródło: www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autor Michał Larek
tytuł Furia

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 424

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga

Nowalijki oceniają 3/6




za udostępnienie powieści do recenzji



czwartek, sierpnia 24, 2017

Marek Krajewski "Mock"

Marek Krajewski "Mock"
Marek Krajewski jest jednym z moich ulubionych autorów powieści kryminalnych. To od serii z nadwachmistrzem Mockiem zaczęła się moja miłość do kryminałów retro. Za uczucie do kryminałów w ogóle odpowiada Agatha Christie, ale o tym może innym razem. Mimo wielkiej sympatii dla Krajewskiego, rozczarowany bardzo słabą Areną szczurów (tutaj) zrobiłem sobie prawie dwuletnią przerwę i dopiero na moment przed premierą najnowszej książki, sięgnąłem po wydanego w 2016 roku Mocka. I choć powieść nie okazała się wolna od wad, to spotkanie z młodym Eberhardem okazało się lepsze niż tego oczekiwałem.

Wrocław roku 1913 żyje budową Hali Stulecia i plotką, jakoby w ceremonii otwarcia gmachu miał uczestniczyć sam cesarz Wilhelm II. Niespodziewanie jednak, nieukończona jeszcze budowla staje się miejscem makabrycznej zbrodni. W tajemniczych okolicznościach giną czterej gimnazjaliści i tajemniczy Ikar, którego ciało zwisało nad nimi. Liczne ślady nie wykluczają ani zbiorowego samobójstwa, ani mordu rytualnego. Wrocławska policja ma ręce pełne roboty, a uroczystość otwarcia Hali Stulecia zbliża się wielkimi krokami. Od wyników dochodzenia zależy przyszłość wachmistrza Eberharda Mocka, który dał się wplątać w aferę obyczajową. Nie trudno się domyślić, że młody policjant zrobi wiele, aby nie musieć wracać do rodzinnego Wałbrzycha.

W Mocku Marek Krajewski zastosował chwyt bardzo dobrze znany ze świata filmu. Napisał bowiem prequel, w którym przedstawił losy młodego, niespełna trzydziestoletniego Eberharda i tym samym wzbogacił biografię swojego bohatera o wydarzenia wokół pierwszej dużej sprawy kryminalnej. Mock jest młody, pełen zapału i zapowiada się na świetnego policjanta. Jest oczywiście przeciwieństwem samego siebie z późniejszych (choć raczej należałoby napisać - wcześniejszych) odsłon cyklu. Nie jest jednak niewiniątkiem - to właśnie słabość do kobiet i ciągła potrzeba zaspokojenia popędów doprowadziła go do dużych problemów, które mogły mu zepsuć karierę, zanim na dobre się rozpoczęła.


Kryminały Marka Krajewskiego już dawno przestały być odkrywcze, a autor nie unika powtórzeń i schematów. Mock także nie jest ich pozbawiony. Trudno bowiem uznać za oryginalny u Krajewskiego wątek spisków, tajemnych obrzędów, czy walki o wpływy masonerii i pangermanistów. Intryga kryminalna nie jest specjalnie skomplikowana a zakończenie, no cóż - może rozczarować. Nie zmienia to jednak faktu, że ewidentne braki w fabule autor skutecznie rekompensuje klimatem retro. Z charakterystyczną dla siebie swadą opisuje Wrocław z 1913 roku, zarówno ten elegancki, jak i szemrany. Sporo uwagi poświęca Hali Stulecia, która stała się jeszcze jednym bohaterem powieści. Zgrabnie wplata w fabułę zarówno łacińskie sentencje, jak i spostrzeżenia natury obyczajowej. Historia zbrodni we Wrocławiu po pierwsze napisana jest odrobinę łagodniej niż wcześniejsze powieści Krajewskiego, po drugie postać młodego Mocka pozwala autorowi wprowadzić element niepewności i niepokoju. Wachmistrz nie ma jeszcze doświadczenia, które podpowie mu, komu może zaufać, a kto czyha na jego dobre imię. 

Długo wahałem się, czy sięgnąć po kolejną książkę Marka Krajewskiego. Jednak sympatia dla autora i zwykła ciekawość sprawiły, że zdecydowałem się przeczytać Mocka. I nie żałuję, choć dostrzegam w powieści pewne mankamenty, które drażniły mnie już w poprzednich fabułach. 

Powrót do Wrocławia i śledzenie początków zawodowej kariery Eberharda Mocka, koniec końców, nie okazało się aż takim złym pomysłem.


Informacje o książce

autor Marek Krajewski
tytuł Mock

wydawnictwo Znak
miejsce i rok wydania Kraków 2016
liczba stron 400

egzemplarz zakup własny
Nowalijki oceniają 4/6

niedziela, sierpnia 20, 2017

Jørn Lier Horst "Felicia zaginęła"

Jørn Lier Horst "Felicia zaginęła"
Wydawnictwo Smak Słowa dotrzymuje ... słowa i tak, jak obiecało, sukcesywnie publikuje brakujące części kryminalnej serii o komisarzu Williamie Wistingu. Felicia zaginęła Jørna Liera Horsta to II tom (a niedawno ukazał się także prequel) i tylko trzech części brakuje, aby polski czytelnik miał dostęp do wszystkich jedenastu powieści. 

Komisarz William Wisting od dziesięciu lat dowodzi Wydziałem Śledczym w Larvik a od dwóch dekad pracuje w policji. Sprawa, którą przyjdzie mu się zająć, wydarzyła się dwadzieścia pięć lat temu i lada moment grozi jej przedawnienie. Podczas prac budowlanych na drodze krajowej, robotnicy wykopują starą szafkę ubraniową, w której znajdują się zwłoki kobiety. Śledczy dość szybko identyfikują ofiarę, ale to nie oznacza, że dochodzenie można zamknąć. Wisting przyjmuje bowiem zgłoszenie o zaginięciu młodej mieszkanki miasta i niespodziewanie sprawa z przeszłości i nowe zdarzenie łączą się ze sobą, długo przynosząc same niewiadome. W okolicy dochodzi do kilku niepokojących incydentów, które skutecznie utrudniają spokojną pracę policji, a komisarz Wisting ma pewność, że wszystkie wydarzenia w jakiś sposób są ze sobą powiązane.

Felicia zaginęła bardzo wyraźnie pokazuje, że  Jørn Lier Horst od początku pracy nad serią o policjantach z Larvik ma pomysł, zarówno na tematykę powieści, jak i kreację głównych bohaterów. Sięgając po kolejne książki o komisarzu Wistingu można spodziewać się powieści kryminalnej z mocno zarysowanym, a nawet wyeksponowanym, wątkiem psychologicznym i społecznym. W każdej odsłonie serii skupia się on na innym problemie nękającym mieszkańców  Norwegii, ale i nieobcym czytelnikowi w innych krajach. Pisarz konsekwentnie przygląda się skandynawskiemu stylowi życia, wyłapując jego mankamenty. Nie rozpacza nad błędami popełnianymi przez współobywateli, raczej zwraca uwagę na to, co można poprawić, albo czemu się przeciwstawić. Przy okazji prowadzonego śledztwa William Wisting musi zmierzyć się z emocjami rodzin, których najbliżsi zaginęli bez wieści. I nie ma znaczenia, czy mowa jest o wydarzeniach sprzed ćwierć wieku, czy sprzed trzech dni - emocje zawsze są takie same. 

Cenię sobie powieści Jørna Liera Horsta za postać komisarza Williama Wistinga. Podoba mi się, że norweski autor nie próbuje wykreować swojego bohatera ma jeszcze jednego niezniszczalnego herosa. Melancholijny, skupiony na rzetelnej pracy i wrażliwy policjant nie każdemu czytelnikowi musi przypaść do gustu. Fabuła, skupiona na rozwikłaniu wzajemnych relacji między ofiarą i związanymi z nią ludźmi, skrupulatnie prowadzone śledztwo i rozbudowane tło psychologiczne nie gwarantują akcji pędzącej  z szybkością światła. Ale i tak od kolejnej powieści Horsta nie sposób się oderwać, nawet, jeśli dość szybko udaje się odpowiedzieć na pytanie Kto zabił? I dlaczego? Pewnie zaraz  ktoś napisze, że fabuła nuży i nic się nie dzieje, ale czy naprawdę w życiu zawsze musi się dziać, żeby było satysfakcjonujące? Podobne pytanie można sobie postawić w odniesieniu do książki, sięgając po II tom serii o komisarzu Wistingu. 

Kto zna późniejsze odsłony cyklu, ten zauważy, że Felicia zaginęła to jeszcze nie jest Horst na sto procent swoich możliwości. Intryga, choć skomplikowana, trąci trochę manierą rodem z oper mydlanych, zakończenie jest nietrudne do przewidzenia, a Wisting, no cóż, jeszcze wiele przed nim. I choć pojawiają się pewne rysy na życiu rodzinnym komisarza, to wciąż może sobie powiedzieć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zmiany w jego życiu dopiero czają się gdzieś na horyzoncie. 

Jak w każdej serii, tak i u Horsta zdarzają się powieści lepsze i trochę słabsze. Dla mnie jednak autor jest gwarantem literatury popularnej na bardzo dobrym poziomie i dlatego z ogromnym zaciekawieniem czekam na kolejne części. A to podobno już całkiem niedługo. 


źródło: www.empik.com 
Informacje o książce

autor Jørn Lier Horst
tytuł Felicia zaginęła
tytuł oryginału Felicia Forsvant
przekład Milena Skoczko

wydawnictwo Smak Słowa
miejsce i rok wydania Sopot 2017
liczba stron 352

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6
                                             




za udostępnienie egzemplarza do recenzji. 


Copyright © 2016 Nowalijki , Blogger