środa, lipca 19, 2017

B. Chomątowska, D. Gruszka, D. Lis, U. Pieczek "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"

B. Chomątowska, D. Gruszka, D. Lis, U. Pieczek "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"

Podobno pierwsze, co rzuca się w oczy osobom przybywającym do Polski to nasze miny. Wyglądamy na wściekłych, albo przynajmniej na mało zadowolonych. I co ciekawe, często oceniamy się gorzej, niż widzą nas cudzoziemcy. Pewnie jest coś na rzeczy - wystarczy spojrzeć na twarze pasażerów w czasie porannego szczytu komunikacyjnego - mało komu jest do śmiechu. Z drugiej strony trudno przez cały dzień uśmiechać się od ucha do ucha - jakoś ta sztuczna radość nie pasuje do polskiego temperamentu. Narodową skłonność do narzekania i brak dobrego humoru można oczywiście tłumaczyć na wiele sposobów - bo zabory, okupacja, komuna, romantyczna wizja Polaka - męczennika za lepszą sprawę. To oczywiście lekko ironiczne spojrzenie na kwestię szczęścia, które oczywiście każdy (człowiek i naród) interpretuje trochę inaczej. Na przykład ostatnio modne jest duńskie hygge - idealnie sprawdzające się w kulturze obrazkowej. Wystarczy zerknąć na jesienne zdjęcia na Instagramie - te wszystkie świeczki, lampki, kocyki i grube skarpetki w połączeniu z kubkiem herbaty/kawy/kakao i książkowym bestsellerem w tle, tworzą wyidealizowany, ale jakże miły wizerunek świata. Może to właśnie jest definicja szczęścia? Po części pewnie tak. A jak w tym trendzie odnajdują się Polacy? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć publikacja Jakoś to będzie. Szczęście po polsku autorstwa Beaty Chomątowskiej, Doroty Gruszki, Daniela Lisa i Urszuli Pieczek. Pięknie wydana, niewielkich rozmiarów książka na pierwszy rzut oka wygląda jak jeszcze jedna publikacja w nurcie Jak być hygge. Ale w moim odczuciu autorzy nie próbują dopasować polskiej tradycji i obyczajowości do skandynawskich standardów, raczej delikatnie z nimi dyskutują, szukają podobieństw, ale i bez kompleksów przypominają  ... iż Polacy nie gęsi ...


Książka składa się z felietonów pogrupowanych w trzy części Jakoś to będzie, czyli jak?, Skąd ta pewność?, Jak pielęgnować filozofię Jakoś to będzie. W każdej z nich znajdują się krótkie podrozdziały, w których autorzy próbują nie tylko odpowiedzieć na postawione pytania, ale sformułować swojską filozofię dobrego i szczęśliwego życia. Owo tytułowe Jakoś to będzie to i lekko ironiczne, i jakże prawdziwe podejście do codzienności, które towarzyszy narodowi nad Wisłą chyba od zarania naszej państwowości. Bo jak inaczej wytłumaczyć obecność (i nieobecność) Polski na mapie Europy, ciągłe historyczne zawieruchy i fakt, że jednak daliśmy radę i wciąż jesteśmy w środku Europy. Oczywiście w zmienionych granicach, z mentalnością inną na zachodzie kraju, inną na wschodzie, ale ... trwamy. Jakoś to będzie pokazuje, że nie musimy ślepo naśladować zagranicznych wzorców, ale powinniśmy doceniać to, co mamy, co jest częścią naszej historii, tradycji i obyczajowości. 


Napisana w pierwszej osobie liczby mnogiej, książka Jakoś to będzie. Szczęście po polsku rozbiera na czynniki pierwsze polską mentalność - czyni to jednak łagodnie, przywołując liczne przykłady, czasem wyniki badań, wreszcie zapraszając do zabawy znanych dziennikarzy, artystów, pisarzy i społeczników. O fenomenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy opowiada Jurek Owsiaka, zawiłości języka tłumaczy Michał Rusinek, przepis na chleb podaje blogerka z White Plate, a modzie wspomina Joanna Bojańczyk, że wymienię tylko tych kilka nazwisk. Bez względu na to, czy kolejny rozdział książki opowiada o polskiej pracowitości, otwartości, czy poczuciu humoru, które od zawsze ratowało nas od najgorszego, wszystkie teksty sprowadzają się do próby zdefiniowania pojęcia szczęścia po polsku. Autorzy postawili sobie trudne zadanie, bo nic nie jest tylko białe albo tylko czarne i próba jednoznacznego określenia definicji szczęścia nie jest możliwa. Można jednak podjąć się takiego wyzwania i Jakoś to będzie. Szczęście po polsku jest taką próbą, zaproszeniem do dyskusji w szerszym gronie czytelników. Czasem trudno bowiem nie odnieść wrażenia, że nie doceniamy czasów, w których żyjemy. No ale kiedy Polak czuje się za dobrze, to zaczyna być czujny - czy aby na pewno wszystko jest w porządku? Ukształtowana przez wieki polska mentalność jest taka, z jaką spotykamy się na co dzień. I z tym faktem również trzeba się pogodzić, bo kto wie, czy to nie pierwszy krok do zrozumienia i pokochania naszej filozofii życia?


Książka Jakoś to będzie. Szczęście po polsku bogata jest w ciekawostki, dykteryjki i interesujące wyniki różnych badań. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że w niektórych fragmentach autorów poniosła ułańska fantazja. Oczywiście przekaz książki jest jak najbardziej optymistyczny, ale chwilami chyba nawet za bardzo. Może przemawia przeze mnie narodowe malkontenctwo, ale chyba jednak nie jest w Polsce aż tak różowo, jak chcą tego autorzy publikacji. W posłowie w pewnym sensie ustosunkowują się do mojej uwagi, więc hurraoptymizm w tekstach traktuję jako element kreacji idei szczęścia po polsku. Przez moment drażniły mnie też pewne oczywistości, jakby podane z myślą o zagranicznym odbiorcy, ale pomyślałem sobie, że to, co dla mnie jest pewne, dla innych wcale takie być nie musi. I z pewnością nie jest.

Czy Jakoś to będzie. Szczęście po polsku w pełni definiuje naszą filozofię udanego życia? Z całą pewnością nie i nie takie jest jej zadanie. Książka podpowiada, przypomina i wskazuje na pewne aspekty historii, tradycji i codzienności, które ułatwiają zrozumienie złożoności terminu polskość. Napisana lekkim tonem, uzupełniona pięknymi zdjęciami wpisuje się w modę na poszukiwanie recepty na idealne życie, podpowiada, gdzie szukać składników, a na co machnąć ręką. Autorzy bez kompleksów stają w szranki z podobnymi publikacjami z różnych stron świata i znakomicie sobie radzą. A szczęście po polsku? Wiadomo - jakoś to będzie. I byleby do przodu!


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autorzy Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis, Urszula Pieczek
tytuł Jakoś to będzie. Szczęście po polsku

wydawnictwo Znak
miejsce i rok wydania Kraków 2017
liczba stron 352
egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6






Dziękuję Wydawnictwu Znak
za udostępnienie książki do recenzji


środa, lipca 19, 2017

Anne B. Ragde "Na pastwiska zielone"

Anne B. Ragde "Na pastwiska zielone"

W pierwotnym założeniu Saga rodziny Neshov Anne B. Ragde była pomyślana jako trylogia. Zakończenie Na pastwiska zielone sugeruje zamknięcie cyklu, ale jak się okazuje, autorka zmieniła zdanie. Zanim jednak sięgniemy po czwarty tom, przed fanami trylogii wznowienie trzeciej części. 

Poprzedni tom zakończył się cliffhangerem. W sumie nic nowego, dokładnie tak samo było w przypadku pierwszej odsłony sagi. To zresztą ciekawy zabieg, zaczerpnięty z poetyki seriali telewizyjnych, z pozoru zupełnie niepasujący do klimatycznej powieści obyczajowej, kładącej nacisk na realizm opisywanych zdarzeń. A jednak niespodziewane zakończenie nie razi, a zdecydowanie spełnia swoje zadanie - przyciąga uwagę i nie pozwala szybko zapomnieć o fabule. A ta w Na pastwiska zielone znów obfituje w wydarzenia bazujące na skrajnych emocjach. Rodzinne gospodarstwo to nieustające źródło konfliktów,  niepowodzeń i frustracji. Głównie Torunn, na barki której spada nie tylko odpowiedzialność za rodzinną schedę, ale również poczucie winy za wydarzenie, które ponownie zmieniło losy rodziny. W Kopenhadze Krumme i Erlend szykują się do życiowej rewolucji, ale nie zdają sobie sprawy, jak wielka (dosłownie) będzie to zmiana. Z letargu, w który zapadał w drugim tomie, budzi się Margido. Małymi krokami zaczyna wprowadzać zmiany, zarówno w swoim życiu prywatnym, jak i zawodowym. To proces bolesny, ale konieczny - Torunn potrzebuje go bardziej, niż mu się to na początku wydawało. Co z tego, skoro autorka nie oszczędza swoich bohaterów, prowadząc ich prosto do tego, co nieuniknione.

W trzecim tomie na plan pierwszy wysuwa się Torunn, do gry powraca Margido, a Krumme i Erlend jak poprzednio, wprowadzają malownicze zamieszanie. Ich przyjazd do domu rodzinnego wraz z parą matek ich nienarodzonych dzieci i ekscentrycznym architektem tylko pozornie daje, tak potrzebny, oddech od problemów. Dzieje się nawet odwrotnie. Kolorowe życie Erlenda i jego partnera tylko uwypukla beznadzieję egzystencji reszty rodziny. Torunn ma tego świadomość i tym łatwiej zrozumieć stan, w który popadła. W tej części moja ulubiona bohaterka wywołuje skrajne odczucia - z jednej strony jest mi jej żal, z drugiej - irytuje mnie. No cóż, tak to już bywa. Zamiast wybrać stabilizację u boku Kaja Rogera, szuka pocieszenia nie tam, gdzie powinna. Trudno jednak nie zauważyć, że sytuacja w gospodarstwie ją przerosła i stąd takie, a nie inne ruchy. Ucieszyłem się, że do fabuły na dobre powrócił Margido. Dzięki jego obecności, autorka mogła zwrócić baczniejszą uwagę na jego pracę - jakże specyficzną. I nie bez powodu w tekście przywołuje się znakomity serial Sześć stóp pod ziemią. Opis pracy Margido przypomina kadry z tej telewizyjnej produkcji. Przed właścicielem zakładu pogrzebowego wiele nowych wyzwań, które choć z uporem, powoli zaczynają zmieniać jego życie. Również duchowe, ponieważ Margido od lat zmaga się z głębokim kryzysem wiary. 


Trzeci tom niczym mnie nie zaskoczył. Oczywiście nie mam na myśli fabuły, tylko styl i klimat opowieści. Zresztą ten brak zaskoczenia należy odczytać jako komplement. Anne B. Ragde po raz kolejny przedstawia los pokiereszowanej emocjonalnie rodziny i znów udaje się jej uniknąć banału. Jest dosadnie, mocno i czasem też nostalgicznie, choć do fabuły bardziej pasuje termin  - depresyjnie. Autorka nie ubarwia opowieści, stawiając się na realizm. Po raz kolejny także portretuje nie tylko rodzinę Neshov, ale w szerszym kontekście także norweskie społeczeństwo, które (zdaje się) nie zawsze ma wiele wspólnego z lansowaną ostatnio filozofią hygge. Skomplikowane relacje rodzinne u Ragde za każdym razem przedstawione są podobnie: codzienność miesza się z celebracją, szarzyzna z pstrokacizną, szaleństwo ze spokojem. To spojrzenie na Skandynawię oczami autorki sagi jest zaskakujące, prawdziwe i dzięki temu autentyczne.

Wprawdzie Na pastwiska zielone w moim odczuciu jest najsłabszą częścią serii, to i tak podoba mi się, że saga trzyma poziom. Z tym większym zaciekawieniem, ale i niepokojem czekam na czwarty tom pod tytułem Przebaczenie na zawsze. Ciekawe, jak po trzech latach zmienili się bohaterowie powieści Anne B. Ragde. I czy autorka literacko trzyma poziom?


źródło: www.smakslowa.pl
Informacje o książce

autorka Anne B. Ragde
tytuł Na pastwiska zielone
tytuł oryginału Ligge I gronne enger
przekład Ewa M. Bilińska, Witold Biliński

wydawnictwo Smak Słowa
miejsce i rok wydania Sopot 2017
liczba stron 320

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6



Dziękuję wydawnictwu Smak Słowa i agencji Business&Culture
za udostępnienie książki do recenzji.





niedziela, lipca 16, 2017

Karina Bonowicz "Co ma piernik do Torunia"

Karina Bonowicz "Co ma piernik do Torunia"

Pierwsze skojarzenie z Toruniem? Oczywiście pierniki, Mikołaj Kopernik i może Krzyżacy. Od niedawna także Toruń jest tłem dla  interesujących kryminałów. Na szczęście nie jest tak, że średniowieczny gród, który prawa miejskie uzyskał w I połowie XIII wieku, najlepszy czas ma za sobą. Toruń dziś to nie tylko przebogata historia, na którą można natknąć się na każdym kroku. To fantastyczne legendy, urocze zaułki i co najważniejsze - ludzie, którzy współtworzyli jego świetność. 

O prężnie rozwijającym się, najważniejszym mieście województwa kujawsko - pomorskiego, więcej można przeczytać w internecie. Tymczasem Karina Bonowicz, pisarka, scenarzystka i dziennikarka zaprasza na nietypowy spacer po ukochanym Toruniu. Jej przewodnik Co ma piernik do Torunia to pozycja dla turystów, którzy mają poczucie humoru i na świat lubią spojrzeć z lekkim przymrużeniem oka. Książka Kariny Bonowicz bogata jest w ciekawostki i dykteryjki, starannie przez autorkę skompletowane w alfabet miejsc, ludzi i wydarzeń. To subiektywne i dzięki temu także osobiste, spojrzenie na miasto. Bez nudzenia w postaci encyklopedycznych danych, wykresów i dat (no dobrze - kilka się znalazło), ba - nawet bez charakterystycznej dla przewodników mapki. Za to z nietypowymi dla tego typu wydawnictw informacjami z historii, literatury, sztuki czy szeroko pojętej obyczajowości. Układ przewodnika sprawia, że to od jego czytelnika zależy, gdzie zacznie wędrówkę po mieście i na co zwróci baczniejszą uwagę. I z pewnością nic się nie stanie, jeśli którąś z atrakcji miasta sobie odpuści. Po lekturze Co ma piernik do Torunia będzie to jednak mocno utrudnione.


Przewodnik Kariny Bonowicz nie proponuje sztywnej trasy spacerowej po mieście. Autorka ułożyła poszczególne elementy zaczynając od A - jak Anioły na Z - jak Zbrodnia kończąc. Każdy rozdział to spojrzenie na Toruń z różnego punktu widzenia. Obok oczywistego rozdziału poświęconego Kopernikowi, można przeczytać o Tonym Haliku, dowiedzieć się, gdzie najlepiej w mieście sprawdzić godzinę, poznać sekrety toruńskich masonów. Karina Bonowicz przytacza legendy związane z miastem (w tym te mniej popularne), tłumaczy dlaczego Toruń to najbardziej fantastyczne miejsce w Polsce, przypomina, że w Dworze Artusa odbywały się seanse spirytystyczne. Ciekawostek, dykteryjek i anegdot jest w książce co niemiara i stanowią one ogromną siłę publikacji. Autorka zaleca raz spojrzeć pod nogi, raz zadrzeć głowę wysoko w górę - niezwykłości nie usadawiają się na wysokości wzroku i aby dostrzec przekorną urodę detalu, trzeba czasem nieźle się natrudzić. Co ma piernik do Torunia bardzo to ułatwia to zadanie.


Karina Bonowicz zaprasza czytelnika i turystę (ale myślę, że i rodowitego mieszkańca miasta również) na spacer po Toruniu. I robi to w charakterystycznym dla siebie stylu. Co ma piernik do Torunia to książka w formie podzielonej na rozdziały gawędy, opowieści z humorem i przymrużeniem oka. Autorka nie wymądrza się i nie stawia nikogo na piedestale, co nie oznacza, że o swoim mieście nie pisze z wielką sympatią. Odsłania przed czytelnikiem tajemnice Torunia, odkrywa mniej znane fakty z jego historii, docenia bieżące wydarzenia kulturalne. Każdy rozdział wzbogacony jest o fotografie autorki, zawsze z dowcipnymi podpisami. Lekki w formie, ale bogaty w informacje, nietypowy przewodnik po Toruniu spodoba się zarówno turystom, jak i mieszkańcom grodu Mikołaja Kopernika. Zaraz, zaraz ... a Kopernik czasem nie był ... kobietą? Ten problem również został omówiony w publikacji. 

To co? Kiedy wyprawa do Torunia? Trzeba w końcu sprawdzić, o co chodzi z tymi żabami na Rynku Staromiejskim.


źródło: www.wydawnictwoumk.pl
Informacje o książce

autorka Karina Bonowicz
tytuł Co ma piernik do Torunia

Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
miejsce i rok wydania Toruń 2017
liczba stron 174

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga
Nowalijki oceniają 5/6




Dziękuję Karinie Bonowicz za zaufanie
i umożliwienie objęcia jej publikacji
patronatem medialnym bloga

piątek, lipca 14, 2017

Sarah Hilary "Smak strachu"

Sarah Hilary "Smak strachu"

Doceniona przez krytyków i czytelników, brytyjska autorka powieści kryminalnych Sarah Hilary powraca z trzecim tomem serii o komisarz Marnie Rome. Smak strachu to nowe śledztwo, ale w stylu, który czytelnicy znają z poprzednich odsłon cyklu. Do tej pory ukazały się W obcej skórze (tutaj) i Nie ma innej ciemności (tutaj). Wprawdzie wszystkie trzy tytuły łączy osoba komisarz Rome (i jej zawodowego partnera Noah Jake'a) to warto wspomnieć, że każda część stanowi zamkniętą całość fabularną, a wątki osobiste głównych bohaterów, choć ważne, nie mają dużego wpływu na odbiór kolejnego śledztwa.

Smak strachu zaczyna się, kiedy Rome i Jake prowadzą śledztwo w sprawie śmiertelnego w skutkach wypadku samochodowego. Dziewczyna, której wejście na ulicę w niedozwolonym miejscu było głównym powodem zdarzenia, dosłownie rozpłynęła się w powietrzu. Jak to możliwe, że w Londynie, mieście pełnym kamer monitorujących każdy zakamarek, nikt nie  zauważył zniknięcia dziewczyny? W tym samym czasie zespół komisarz Marnie Rome prowadzi, zakrojone na szeroką skalę, poszukiwania młodej uciekinierki z domu. I tylko przypadek sprawia, że  wypadek drogowy zostaje połączony ze śledztwem w sprawie zaginięcia nastolatki. Trop prowadzi do pewnego miejsca, w którym niepodzielnie rządzi tajemniczy Harm. Tajemnica kryje się za drzwiami jego domu. A zadrzeć z Harmem to napytać sobie biedy.

Sarah Hilary ma bardzo charakterystyczny i tym samym rozpoznawalny styl. Taki, do którego trzeba się przyzwyczaić. Autorka bardzo powoli rozkręca akcję, buduje fabułę niespiesznie, dodając pojedyncze elementy. Na początku dość trudno połapać się w zawiłościach śledztwa, ale im dalej w historię, tym lepiej.  I łatwiej. Poszczególne elementy układanki zaczynają do siebie pasować, a z pozornego cienia wyłania się jasny obraz wydarzeń. Dlatego nie zżymam się, kiedy po kilku pierwszych rozdziałach pojawia się coraz więcej znaków zapytania. Mam bowiem pewność, że autorka w odpowiednim momencie udzieli satysfakcjonującej odpowiedzi. Tak było w przypadku poprzednich powieści, tak jest i teraz. 



To, co odróżnia książki Sarah Hilary od innych powieści kryminalnych  i sensacyjnych, to mocno zaakcentowana tematyka społeczna. Siłą historii z Marnie Rome nie są widowiskowe pościgi, ale pokazana rzetelnie praca policjantów. Choć nieoczekiwanych zwrotów w prowadzonych dochodzeniach nie brakuje, to śledzenie codziennych obowiązków stróżów prawa wciąga bez reszty. Połączenie aktualnej tematyki społecznej z wrażliwością autorki na kwestie obyczajowe sprawia, że dość przewidywalny gatunek powieści popularnej zyskuje nowy wymiar.  Na koniec warto dodać do tego ciekawie skonstruowane postaci głównych bohaterów, których życie osobiste obfituje w dramatyczne wydarzenia. Wszystkie te elementy sprawiają, że powieści Sarah Hilary to propozycja dla czytelnika, który od literatury gatunkowej oczekuje czegoś więcej, niż tylko niezobowiązującej rozrywki. 



Informacje o książce

autorka Sarah Hilary
tytuł Smak strachu
tytuł oryginału 
przekład Agnieszka Brodzik

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 520

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga

Nowalijki oceniają 5/6


za udostępnienie powieści do recenzji



środa, lipca 12, 2017

Remigiusz Mróz "Czarna Madonna"

Remigiusz Mróz "Czarna Madonna"
Remigiusz Mróz na dobre zadomowił się na krajowym rynku wydawniczym. Półka z jego powieściami rozrasta się w szybkim tempie i nic już nie zmieni faktu, że autor w krótkim czasie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy z kręgu literatury popularnej. Każda nowa książka jest tak samo wyczekiwana, jak komentowana – przez jednych chwalona, przez innych krytykowana. Poczytny autor ma na swoim koncie różne gatunkowo powieści, a ponieważ nie koncentruje się tylko na jednej tematyce, czytelnik ma prawo oczekiwać, że wraz z nową historią pisarz czymś go zaskoczy. Nie inaczej jest w przypadku Czarnej Madonny. I skoro emocje wzbudziła już charakterystyczna okładka, to czego spodziewać się po treści?

Życie dało Filipowi Szumskiemu w kość. Po raz pierwszy, kiedy uświadomił sobie, że dokonał w życiu wyboru, który nie dał mu oczekiwanej satysfakcji. Drugi raz, gdy wydawało się, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki. Zakochany, szykował się do ślubu. Wraz z narzeczoną miał wybrać się w podróż przedślubną do Ziemi Świętej. Ostatecznie do Izraela poleciała tylko Aneta – Filipa zatrzymała w Polsce praca. Lot okazał się wyprawą w sam środek koszmaru. Kiedy utracono kontakt z samolotem, rodziny pasażerów nastawiły się na najgorsze. Nikt jednak nie przewidział, że to najgorsze dopiero przed nimi. Po pewnym czasie łączność z załogą samolotu została przywrócona, ale sygnały dochodziły, nieomal jednocześnie, z bardzo odległych zakątków świata. Filip zaczyna analizować wiadomości na temat feralnego lotu Boeinga 747 i dochodzi do przerażającego odkrycia. Czyżby miał się powtórzyć scenariusz katastrofy Air Japan 123 sprzed lat? I dlaczego na pokładzie obu maszyn znajdował się wizerunek Czarnej Madonny? Co stało się z pasażerami pechowego rejsu?

Sięgając po Czarną Madonnę zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Mimo oryginalnej akcji promocyjnej tytułu, nie pojawiła się żadna informacja o przynależności gatunkowej powieści. Liczyłem na historię w stylu Dana Browna, taki letni książkowy bestseller, w sam raz na plażę. A jednak nie. Remigiusz Mróz znów mnie zaskoczył i to na tyle skutecznie, iż pożałowałem, że zacząłem czytać tę książkę późnym wieczorem. Nie chcę za wiele zdradzać, ale nie jest już tajemnicą, że autor sięgnął po gatunek charakterystyczny dla jednego z jego ulubionych twórców -  Stephena Kinga. Czarna Madonna bowiem to horror nawiązujący do religii, ale z pewnością uważny czytelnik doszuka się również elementów powieści katastroficznej. Wszak fabuła zbudowana jest wokół zniknięcia samolotu linii Air Hibernia oraz autentycznego wypadku maszyny japońskich linii lotniczych. Wątki religijne nawiązują między innymi do Apokalipsy Świętego Jana – najbardziej tajemniczej i niejednoznacznej księgi Nowego Testamentu, opisującej wizję końca świata.

Czarna Madonna to połączenie fikcji literackiej z prawdą i nauką płynącą z analizy Nowego i Starego Testamentu. Autor wchodzi tym samym na dość grząski grunt i dotyka niezwykle delikatnej materii. Kwestie związane z wiarą należą do sfery osobistej i traktując tę tematykę jako element tekstu o charakterze rozrywkowym, łatwo jest przekroczyć umowną granicę. Autor garściami czerpie z bogatego źródła nauki Kościoła i tę wiedzę łączy z utrwalonymi w powszechnej świadomości wierzeniami. Opętanie, objawienia i egzorcyzmy, wreszcie zapowiedź końca świata to tematy tak samo niepokojące, co budzące ciekawość. Przerażające, ale i fascynujące. Stwarzają pisarzowi nieograniczone pole manewru, którego granice wyznacza jedynie wyobraźnia. Warto tutaj zaznaczyć, że Remigiusz Mróz nie poszedł na łatwiznę. W swojej powieści mógł wykorzystać liczne apokryfy, które choć mają dziś status zabytków literatury, swobodnie interpretowały zapisy Biblii. Autor, przy pisaniu Czarnej Madonny, bazował na kanonie biblijnym i przepisach Kościoła, tym samym dbając o autentyczność twierdzeń zawartych w powieści. A czy przekroczył wspomnianą granicę? W moim odczuciu - zdecydowanie nie.



Tematyka powieści Czarna Madonna nie jest specjalnie odkrywcza, ale też nie było celem autora silenie się na oryginalność. I nie jest to zarzut. Obecność sił nadprzyrodzonych w postaci szatana opisywali choćby William Peter Blatty w Egzorcyście i Ira Levin w Dziecku Rosemary. Książka Remigiusza Mroza to literacka zabawa motywami na dobre umocowanymi w kulturze popularnej. Ramy powieści gatunkowej bywają dość szerokie i autor wykorzystał szansę, jaką daje możliwość wzięcia wydarzeń w umowny cudzysłów. Dlatego tylko na pierwszy rzut oka Czarna Madonna może wydawać się powieścią kontrowersyjną. W rzeczywistości to książka rozrywkowa, której celem jest przestraszyć czytelnika, zasiać w nim niepokój i na moment wytrącić z emocjonalnej równowagi. Autor znów zakrzywia czasoprzestrzeń, poniewiera swoich bohaterów i wystawia nerwy czytelnika na nie lada próbę – do czego zdążył już przyzwyczaić. A wątki religijne? Pisarz potraktował je z szacunkiem, owszem momentami bywa dosadny i to bardzo, ale dla czytelnika i/lub widza, choćby Egzorcysty, specjalnego zaskoczenia raczej nie będzie. Co więcej, zdecydowanie mocniejszy przekaz ma na przykład niepozorny Dzienniczek św. Faustyny Kowalskiej, o której zresztą w powieści jest wspomniane. Prawdziwe zło tkwi w zwykłym człowieku tu i teraz i ta świadomość przeraża najbardziej. Takie też można odnieść wrażenie po lekturze Czarnej Madonny. Choć nie wszystkie rozwiązania fabularne przypadły mi do gustu, a zakończenie wydało mi się przerysowane, to myślę, że jest kilka powodów, dla których warto sięgnąć po tę książkę. Choćby dla autoironicznego smaczku, sugestywnego (bo autentycznego) zapisu ostatnich chwil przed katastrofą lotniczą, czy aby ocenić, jak Remigiusz Mróz poradził sobie z kolejną powieścią gatunkową. Wreszcie, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy autor jest już nowym KINGIEM na polskim rynku wydawniczym czy nie? Oto jest pytanie!

źródło: www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autor Remigiusz Mróz
tytuł Czarna Madonna

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 450

egzemplarz recenzencki
recenzja dla portalu www.lubimyczytac.pl

Nowalijki oceniają 4+/6



za udostępnienie powieści do recenzji


niedziela, lipca 09, 2017

Marta Reich "Sztuki i sztuczki"

Marta Reich "Sztuki i sztuczki"

Pamiętacie Polę Białohorską, uroczą dziennikarkę magazynu Madame, która skutecznie doprowadziła do rozwiązania zagadki śmierci jednej z najbogatszych kobiet w Polsce? Rezolutna poszukiwaczka kłopotów wraca wraz z nową powieścią Marty Reich. Sztuki i sztuczki to kolejna historia z morderstwem w tle oraz zupełnie nowe (i równie niebezpieczne) śledztwo Poli, sprowadzające na bohaterkę sporo nieprzyjemności.

Od wydarzeń opisanych w Morderstwie i całej reszcie (tutaj) mija kilka miesięcy. Pola wiedzie przyjemne życie u boku ukochanego Alexa; nadal pracuje w magazynie Madame i (nie zawsze) cierpliwie znosi humory swojego naczelnego. I pewnie spokojnie korzystałaby z życia, gdyby nie prośba o pomoc pewnej bardzo znanej aktorki. Mowa o Izabeli Zawilskiej, pięknej, utalentowanej właścicielce trudnego charakteru, który nie ułatwia jej zdobywania przychylności ludzi z branży. Zaniepokojona pewnymi incydentami, uwielbiana gwiazda teatru i telewizji zaczyna bać się o swoje życie. Mało kto przejmuje się jej humorami, ale tylko do czasu. Zawilska ginie bowiem w strzelaninie, a to dopiero początek dramatycznego ciągu wydarzeń. Pola, która ostatecznie godzi się rozwiązać zagadkę morderstwa, nie tylko napotyka na szereg trudności, ale musi przy okazji zażegnać kryzys we własnym związku. Nie wie także, że podejmując się nieformalnego śledztwa, naraża się na wielkie niebezpieczeństwo.

Sztuki i sztuczki rozpoczynają się od przytoczenia fragmentu komedii W. Szekspira Jak wam się podoba. To słynny cytat przyrównujący ludzi do aktorów na scenie, na której każdy gra jakąś rolę. Nie tylko zapowiada on tematykę powieści, ale w pewnym sensie jest także kluczem do zrozumienia wielowątkowej, skomplikowanej intrygi w Sztukach i sztuczkach. W nowej powieści Marta Reich opisuje świat na styku sztuki, polityki, prawa i biznesu. Wraz z Polą czytelnik zagląda za kulisy teatru, w którym zamordowana Zawilska miała zagrać Ofelię w Hamlecie. Środowisko aktorów i ludzi teatru to niezwykle wdzięczny temat dla pisarki, która wykorzystała go, umiejętnie wodząc czytelnika za nos. Któż bowiem, lepiej od aktorów, nie potrafi przywdziać maski i zagrać kolejnej roli - w zależności od potrzeb? Im dalej w nieformalne śledztwo Poli, tym krąg podejrzanych powiększa się, zahaczając o polityków z pierwszych stron gazet i prawników ze znanych kancelarii. Jeśli dodać do tego problemy Alexa - trzeba pamiętać o dużych pieniądzach. A tam, gdzie w rachubę wchodzą niebagatelne sumy, nie ma czasu ani miejsca na sentymenty i dozwolone są wszystkie chwyty. A dzięki temu tytuł Sztuki i sztuczki staje się wyraźnie wieloznaczny. 

Marta Reich już w debiucie udowodniła, że nie boi się wziąć na warsztat pisarski historii, w której od bohaterów i wątków może zakręcić się w głowie. Takie było Morderstwo i cała reszta, takie są Sztuki i sztuczki. Obok dobrze znanych bohaterów pojawiają się nowi - razem to pięćdziesiąt cztery postaci i wątki. Oczywiście część to bohaterowie drugoplanowi i epizodyczni, ale niezbędni dla konstrukcji całości intrygi. Podziwiam autorkę za to, że zapanowała nad tą ekipą, bo to sztuka nie lada. Misterną budowę powieści najwyraźniej widać w finale, kiedy Pola zebranym (oczywiście) na scenie osobom dramatu wyjaśnia wszystkie zawiłości, które doprowadziły do śmierci znanej aktorki i ludzi z jej otoczenia. I raz jeszcze Marta Reich pokłoniła się zarówno Szekspirowi, jak i Agathcie Christie, nawiązując w swojej powieści do motywów z ich twórczości. 

Nowe śledztwo Poli to również okazja do rozbudowania tej postaci. Trudno nie zauważyć, że Białohorska w tej odsłonie jest bardziej skupiona i poważniejsza niż w poprzedniej książce. Może to śledztwo tak ją pochłonęło, może kłopoty w miłosnym gniazdku, ale zmiana nastroju (choć drobna) jest zauważalna. Pola ma mniej czasu dla przyjaciół, rzadziej celebruje drobne przyjemności życia  i choć nadal jest wulkanem energii, to jednak chwilami brakowało mi tamtej dziewczyny z debiutu Marty Reich. Faktem jest, że Pola  w nowej powieści bardziej przypomina bohaterkę z krwi i kości niż postać z amerykańskiego serialu. Czy to tylko moje odczucie, czy celowa zmiana w budowie postaci - czas pokaże. 


Sztuki i sztuczki to także powieść o Warszawie. Wprawdzie dla wydarzeń jest oczywiście tylko tłem, ale trudno nie dostrzec, że autorka kocha swoje miasto i to uczucie naprawdę widać w książce. Pola przemieszcza się po mieście, odwiedza podwarszawskie miejscowości i tym samym daje autorce powód, aby przemycić informacje o nich w książce. Podkreśla, jak Warszawa dynamicznie rozwija się i pięknieje, ale przy tym nie ogranicza się tylko  do wymuskanego Śródmieścia. Zagląda do innych dzielnic, zwracając uwagę na to, jak jeszcze wiele jest do zrobienia; chwali i wskazuje niedociągnięcia. Z nostalgią powraca do mitu przedwojennej stolicy i z nadzieją patrzy na jej przyszłość. Ta powieściowa Warszawa i Pola mają ze sobą wiele wspólnego, wystarczy tylko dobrze się im przyjrzeć.

Druga powieść Marty Reich to prawie osiemset stron czytania. Wiele motywów, gęsta siatka często zaskakujących relacji między bohaterami, wreszcie aktualna tematyka społeczna i wątki obyczajowe. Jeśli polubiliście Polę w Morderstwie i całej reszcie, to Sztuk i sztuczek nie muszę specjalnie wam polecać. Jeśli macie dopiero w planach spotkanie z Białohorską - to zdecydowanie nie ma na co czekać. A nie, jednak trzeba czekać ... na trzeci tom.


źródło: www.oficynka.pl
Informacje o książce

autorka Marta Reich
tytuł Sztuki i sztuczki

wydawnictwo Oficynka
miejsce i rok wydania Gdańsk 2017
liczba stron 800

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga

Nowalijki oceniają 6/6
Copyright © 2016 Nowalijki , Blogger