wtorek, 23 maja 2017

"Biegacz" Piotr Bojarski [PATRONAT]

www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autor Piotr Bojarski
tytuł Biegacz

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 405

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga








Podobno sport to zdrowie. A bieganie jest najtańszym i najlepszym sposobem na poprawę kondycji i zgubienie zbędnych kilogramów. O tym, że może być również szalenie niebezpiecznym zajęciem, przekonał się bohater powieści kryminalnej Piotra Bojarskiego - Bogdan Popiołek. Biegacz to historia, która dla jej narratora zaczyna się niewinnie, ale im dalej w las, w którym trenuje Popiołek, tym więcej ... nie, nie drzew. Niebezpieczeństw. Niewinna przebieżka stała się początkiem wydarzeń, które prowadziły wprost do dramatycznego finału. 


Bogdan Popiołek ma czterdzieści cztery lata, uczy historii w poznańskim gimnazjum i prowadzi mało ekscytujące życie singla. Zmartwiony brakiem kondycji i rosnącym brzuchem, postanawia odzyskać formę. Zaczyna biegać, walcząc codziennie z kilometrami, ale głównie z własnymi słabościami. Podczas jednej z przebieżek mija go starszy mężczyzna w charakterystycznych butach. Jak wielkie jest zdziwienie Popiołka, kiedy następnego dnia widzi w lokalnych wiadomościach te same buty, na nogach mijanego wcześniej biegacza. Problem w tym, że starszy mężczyzna nigdzie już nie pobiegnie, ponieważ został zamordowany. Zaintrygowany wydarzeniem, Popiołek zgłasza się na policję, która kompletnie go ignoruje świadka potencjalnego morderstwa. Znudzony szkolną rutyną, postanawia odkryć prawdę na własną rękę. Tym samym ładuje się w niezłe tarapaty bez świadomości, że naraża się bardzo bezwzględnym ludziom.

Biegacz Piotra Bojarskiego to kryminał, w którym najważniejszą postacią jest, wspomniany już, nauczyciel historii. Bogdan Popiołek postanawia bowiem samodzielnie rozwiązać zagadkę morderstwa na ścieżce do biegania. Policja nie traktuje jego zeznań poważnie, sugerując nawet, że jego udział w wydarzeniu jest zupełnie inny od deklarowanego. Historyk jest również narratorem w powieści i to z jego perspektywy (a nie narratora wszechwiedzącego) czytelnicy poznają kolejne etapy śledztwa. A to przez połowę książki dość się wlecze, by nabrać tempa w dalszej części. Przyznam, że początkowo trochę mnie to raziło, bo choć opowieść czyta się bardzo dobrze, to jednak odnosiłem wrażenie, że wraz z Popiołkiem drepczę w miejscu. Z czasem jednak akcja przyspiesza i samo śledztwo nabiera rumieńców. Dociekliwy detektyw - amator odnajduje kolejne elementy układanki, a wątki prywatnego dochodzenia sięgają zarówno czasów głębokiego PRL, jak i bardzo współczesnych afer na styku polityki i ekologii. Piotr Bojarski zaznaczył w posłowie, że wątek kryminalny w powieści oparty jest na historii, a niektóre z wydarzeń miały miejsce jeszcze w okresie przemiany ustrojowej. Celowo nie piszę niczego więcej, aby nie zepsuć czytelnikowi zabawy (choć wyraz zabawa w kontekście wątku kryminalnego jest sformułowaniem dosyć ryzykownym).



Powieść Piotra Bojarskiego charakteryzuje się lekkim stylem, któremu bliżej jest do gawędy, niż do poważnej narracji powieściowej. To w żadnym razie  nie zarzut, ale atut książki.  I jak nie przepadam za narracją pierwszoosobową, tak w Biegaczu sprawdziła się ona pierwszorzędnie. Bogdan Popiołek, taka trochę safanduła, to w sumie sympatyczny facet, któremu zachciało się jakiejś odmiany w życiu. I dostał, czego chciał, choć raczej zgodnie z powiedzeniem Uważaj, czego sobie życzysz. Opowieść Popiołka jest mocno osadzona we współczesności, ponieważ wspomina on o reformie oświaty, wydarzeniach sportowych i polityce. Szkoda tylko, że główny bohater jest postacią dość tajemniczą, autor właściwie nie napisał niczego na temat jego przeszłości. A może zostawia sobie uchyloną furtkę do kolejnych części? Może Bogdan Popiołek połknął bakcyla i zostanie detektywem? Mam bowiem wrażenie, że szkoła trochę mu się znudziła.

Nowalijki oceniają 4+/6




za udostępnienie powieści do recenzji
i możliwość objęcia jej patronatem medialnym bloga







piątek, 19 maja 2017

"Czerwone dziewczyny" Kazuki Sakuraba

www.wydawnictwoliterackie.pl
Informacje o książce

autorka Kazuki Sakuraba
tytuł Czerwone dziewczyny
tytuł oryginału Akakuchiba - ke no densetsu
przekład (zj. angielskiego) Łukasz Małecki

wydawnictwo Wydawnictwo Literackie
miejsce i rok wydania Kraków 2017
liczba stron 486

egzemplarz recenzencki








Literatura japońska. Pomijając niezwykle bogatą i różnorodną mangę, w Polsce z pewnością kojarzy się z Haruki Murakami, Kobo Abe, Kazuo Ishiguro, czy ostatnio z Takashi Hiraide. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na pierwszą po polsku powieść Kazuki Sakuraby. Autorka Czerwonych dziewczyn to wielokrotnie nagradzana pisarka, której saga o rodzie Akakuchiba uwodzi tajemniczą historią małej Manyo. I choć później opowieść traci na dynamice i lekko rozczarowuje, to warta jest uwagi choćby ze względu na wciąż odmienne od europejskiego, spojrzenie na świat i relacje międzyludzkie. 



Manyo Aka ma dziesięć lat, kiedy zostaje podrzucona przez ludzi z gór pewnej robotniczej rodzinie. Jej przybrany ojciec pracuje w hucie, której właścicielami są mieszkańcy okazałego domu, górującego nad okolicą. To ród Akakuchiba, bogaci właściciele zakładów przemysłowych w Benimidori w prefekturze Tottori. Manyo, która ma dar jasnowidzenia, nawet przez myśl nie przeszło, że kiedyś zostanie najważniejszą lokatorką tak zwanej czerwonej posiadłości. A dar przewidywania przyszłości, wymagający interpretacji i niejednoznaczny, stanie się przekleństwem bohaterki. Jaką bowiem można mieć radość z życia, kiedy wie się, jak zakończy się ono dla członków najbliższej rodziny. 

W następnej odsłonie czytelnik poznaje losy kolejnych dzieci Manyo i Yoji Akakuchiba. Wśród nich Kemari, córki, która w przyszłości zostanie najpierw przywódczynią dziewczęcego gangu motocyklowego, a później niezwykle poczytną pisarką mangi. Z kolei jej córka - Toko, bohaterka ostatniej odsłony, towarzyszy czytelnikowi od początku opowieści, jest bowiem narratorką Czerwonych dziewczyn

Powieść Kazuki Sakuraby to historia z pogranicza gatunków, rozpisana na ponad pięćdziesiąt lat. Autorka tworzy historię, w której sprawnie łączy elementy powieści obyczajowej z elementami charakterystycznymi dla realizmu magicznego. Nie jest jednak tak, że motywy przywołujące na myśl prozę Marqueza dominują, ale szczególnie w pierwszej części powieści Sakuraby tajemnica, niedomówienie i dar jasnowidzenia stanowią istotny element fabuły. Dzieje klanu Akakuchibów zostały przedstawione w trzech odsłonach i choć w każdej narratorką jest wnuczka, to wydarzenia opowiadane są z perspektywy babki i matki Toko. Historia każdej z kobiet to przyczynek do pokazania pół wieku zmian, jakie zachodziły w Japonii po II wojnie światowej. Nie bez powodu także, akcja została umiejscowiona na dalekiej prowincji. Nowinki z wielkiego świata docierały do Benimidori z opóźnieniem, ale i z większą siłą rażenia. Szczególnie w pierwszej części opowieści wyraźnie widać, jak japońska tradycja ściera się z nowoczesnością. Biedny region niczym za dotknięciem magicznej różdżki (a w rzeczywistości polityki i ekonomii) szybko rozwija się, wzbudzając w prostych robotnikach potrzebę zarówno awansu społecznego, jak i finansowego. Na przykładzie właścicieli huty i jej pracowników autorka pokazała do czego prowadzi pęd za nowoczesnością i konsumpcjonizm. Mieszkańcy prefektury Tottori odczuwają zarówno gnający do przodu świat, jak i codzienne uciążliwości, jak choćby choroby związane z zatruciem środowiska. W tle da się dostrzec wydarzenia, które powoli zmieniały Japonię. Rewolucja obyczajowa, bańka spekulacyjna (nie pierwsza i nie ostatnia), działalność sekt religijnych, atak sarinem w tokijskim metrze, czy śmierć cesarza Hirohito. 

Nie wydarzenia historyczne, ale losy kolejnych pokoleń Akakuchibów są głównym motywem Czerwonych dziewczyn. Autorka ma nie tylko talent do snucia opowieści (ale z małym zastrzeżeniem), potrafi także skonstruować niezwykle ciekawe, zanurzone w japońskiej tradycji i kulturze postaci. Zarówno kobiet, jak i mężczyzn, ale to właśnie żeńska część klanu jest mocniej wyeksponowana i na jej barkach opiera się cała konstrukcja opowieści. Babka Manyo, córka Kemari i wnuczka Toko, choć łączą je więzy krwi, to każda jest inna. I na przykładzie każdej z nich autorka uwypukliła niektóre fragmenty swojej sagi. Najbardziej tajemnicza jest babka, której niespodziewany awans społeczny nie przywrócił w głowie; to ona przejmuje pałeczkę po charyzmatycznej teściowej i stoi na straży tradycji, mając jednak na uwadze zmiany obyczajowe, od których nie sposób uciec. Kemari buntuje się i długo szuka swojej drogi życiowej w burzliwych latach osiemdziesiątych. I wreszcie Toko - najzwyczajniejsza z nich trzech, której babka przed śmiercią wyjawiła mroczny sekret z przeszłości. I to z ciężarem tej tajemnicy wnuczka będzie musiała sobie poradzić.

Czerwone dziewczyny już od początku uwodzą czytelnika tajemnicą, niedomówieniem i wydarzeniami na granicy jawy i snu, czerpiąc motywy z japońskiej tradycji. Początek powieści okazuje się, w moim odczuciu, najlepszy. Potem, kiedy na plan pierwszy wysuwają się Kemari i Toko, dynamika tekstu spada, historia już tak nie pociąga, co nie znaczy, że nie zachęca do dalszej lektury. Wydaje mi się, że postać Manyo jest najbardziej intrygująca i dlatego jej część sagi okazuje się najciekawsza. Dzieje córki i wnuczki są bliższe współczesności i być może dlatego nie wywołują już tak jednoznacznych emocji. Do tego życiorys Kemari wydaje się mało prawdopodobny, ale w innym rozumieniu, niż miało to miejsce w przypadku jej matki. Opowieść Toko łagodnie spaja sagę w jedną całość.

Mimo pewnych wątpliwości, Czerwone dziewczyny bardzo mi się spodobały. To sprawnie napisana powieść obyczajowa z nutką realizmu magicznego, pokazująca nie tylko skomplikowane (i często tragiczne) losy jednego rodu, ale i przemiany zachodzące w Japonii, której cud gospodarczy wciąż przez wielu stawiany jest za przykład godny naśladowania. Warto spojrzeć na Czerwone dziewczyny jako na opowieść o walce kobiet o swoje prawa. Manyo wychodząc za mąż stawała się własnością męża, jej wnuczka może cieszyć się zdecydowanie większą wolnością,  w dużym stopniu wywalczoną przez jej krnąbrną matkę i inne kobiety z jej pokolenia.

Dla fanów literatury japońskiej w wydaniu innym, niż tylko Murakami (którego od lat jestem fanem) pozycja zdecydowanie warta uwagi.

Nowalijki oceniają 5/6



Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie
książki do recenzji.


poniedziałek, 15 maja 2017

"Ziemia kłamstw" Anne B. Ragde

www.smakslowa.pl
Informacje o książce

autorka Anne B. Ragde
tytuł Ziemia kłamstw
tytuł oryginału Berlinerpoplene
przekład Ewa M. Bilińska

wydawnictwo Smak Słowa
miejsce i rok wydania Sopot 2017
liczba stron 304

egzemplarz recenzencki







Tajemnice z przeszłości i kłamstwa, których konsekwencje boleśnie odczuwane są po wielu latach. Rodzina, która w obliczu śmierci rozsypuje się niczym domek z kart, aby za chwilę próbować podnieść się z upadku. Ziemia kłamstw Anne B. Ragde to wielokrotnie nagradzany pierwszy tom sagi, książki okrzykniętej jedną z najważniejszych norweskich powieści współczesnych. Historia rodziny Neshov wciąga od pierwszego rozdziału, żeby na końcu zostawić czytelnika w kompletnym zaskoczeniu. 



Adwent dobiega końca, mieszkańcy Byneset pod Trondheim powoli przygotowują się do świąt Bożego Narodzenia. W rodzinie Neshov dochodzi do dramatycznego wydarzenia - nestorka rodu Anna dostaje wylewu i wszystko wskazuje na to, że jej dni są już policzone. Mieszkający z nią i ojcem, najstarszy syn Tor, zawiadamia o wydarzeniu dwóch braci oraz córkę, którą widział raz w życiu. Spotkanie przy szpitalnym łóżku, a potem w domu rodzinnym okaże się dla braci, którzy kontaktowali się ze sobą bardziej niż sporadycznie, traumatycznym spotkaniem z przeszłością. Bolesną, bowiem naznaczoną kłamstwami i trudną, gdyż rzutującą na teraźniejszości i przyszłość. 

Najstarszy Tor, prowadzący rodzinne gospodarstwo rolne, wiedzie monotonne życie między chlewem a zaniedbanym domem, w którym mieszka wraz ze starzejącymi się rodzicami. Trudno nie zauważyć, że Tor lepiej dogaduje się ze zwierzętami, niż z kostyczną matką i małomównym, wycofanym ojcem. Lata temu miał szansę na szczęśliwe życie, ale jedna decyzja Anny zmieniła wszystko. Przyjazd córki Torunn, którą ojciec zaprosił, aby przed śmiercią poznała babkę, to szansa na zbudowanie relacji, tak bardzo obojgu potrzebnej.

Drugi brat Margido, bezdzietny samotnik, prowadzi mały zakład pogrzebowy. W powieści czytelnik poznaje go przez pryzmat wykonywanej pracy, ale informacje o nim są dość ogólne. Wiadomo tylko, że lata temu stracił wiarę - pytanie: czy tylko w Boga, czy także w innych ludzi?

I wreszcie najmłodszy - Erlend - dekorator wystaw sklepowych, od lat zakochany z wzajemnością w Krumme - redaktorze naczelnym duńskiego dziennika. Erlend jako jedyny z braci zdecydował się wyjechać z Norwegii i osiadł w Kopenhadze. Wiedzie dostatnie życie, otoczony i miłością, i luksusowymi drobiazgami. I na jego wybory życiowe wpływ miała matka. Nie trudno się domyślić, jak zareagowała na homoseksualizm syna. 

Jest wreszcie Torunn, której przyjazd do Byneset otworzy oczy na historię rodziny, której tak naprawdę nie znała. W dramatycznych okolicznościach dostała szansę na zbudowanie relacji córka - ojciec. Czy skorzysta z tej szansy?

Zaczynając lekturę Ziemi kłamstw, kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Docierały do mnie głosy, że to powieść znakomita, prosta, ale bardzo mocna, niepozwalająca na długo po przeczytaniu zapomnieć o rodzinie Neshov. I choć nie zawsze zgadzam się z oceną innych czytelników, to w przypadku powieści Anne B. Ragde podpisuję się obiema rękami pod zachwytami nad tą historią. Ziemia kłamstw wciągnęła mnie tak, że przeczytałem ją w jedno długie popołudnie, chłonąc dzieje rodziny Neshov. Powieść urzekła mnie zarówno stylem, jakim posługuje się autorka, rysunkiem psychologicznym postaci, jak i obrazem norweskiego społeczeństwa. Autorce udała nie lada sztuka, napisała książkę o zwykłych ludziach tak, że nie sposób się od niej oderwać. Bohaterowie powieści są zwyczajni, ale to właśnie w tej zwyczajności tkwi siła przekazu historii. Czytelnik wraz z bohaterami odkrywa rodzinne sekrety i kibicuje braciom w ich szorstkich staraniach o odnowienie wzajemnych relacji. Wzrusza się wraz z nimi i śmieje, bo choć wydarzenia w książce temu nie sprzyjają, to Erlend, z racji rozrywkowego charakteru, wprowadza elementy humorystyczne. Anne B. Ragde po mistrzowsku wręcz balansuje na granicy skrajnych emocji. Chyba nigdy i nigdzie nie czytałem tak ładnie napisanych, emocjonalnych opisów ... relacji człowieka ze świniami. A takich literackich zaskoczeń jest w powieści więcej. Styl autorki oscyluje wokół realizmu i momentami także naturalizmu, ale zdarzają się fragmenty wręcz poetyckie - delikatne i subtelne. Ta różnorodność stylistyczna nadaje powieści wartości, przywołując na myśl dawne sagi rodzinne, po mistrzowsku rozpisane dzieje upadków i wzlotów. 

Ziemia kłamstw okazała się powieścią, na którą warto spojrzeć nie tylko jako na kameralną opowieść o skomplikowanych relacjach w rodzinie Neshov, ale szerzej, jako na obraz norweskiego społeczeństwa. Można bowiem w historii Anny i jej rodziny prześledzić zmiany, jakie w zachodziły i zachodzą w krajach skandynawskich. Dostatnia Norwegia staje się coraz bardziej iluzoryczna, czego najlepszym przykładem jest Tor i jego gospodarstwo rolne. Anna stała na straży dawnego porządku i obyczajowości, bezwględnie egzekwując od synów (i męża) posłuszeństwa - nawet za cenę osobistego szczęścia. Wraz z odejściem ludzi z jej pokolenia, znika też stara Norwegia, a nową tworzą zarówno rówieśnicy trzech braci, jak i Torunn - wnuczka Anny. 

Od dawna wiem, że nikt, tak jak Norwegowie, nie potrafi pisać o codzienności. To oczywiście pewne nadużycie i skrót myślowy, ale poparty wieloma skandynawskimi lekturami. Powieść Anne B. Ragde przywraca wiarę w siłę powieści, w której autorka nie musi przymilać się do czytelnika, a sama historia nie potrzebuje sztuczek marketingowych, aby zostać wysoko ocenioną. Ziemia kłamstw odpowiada na tęsknotę czytelnika za prostą opowieścią, w której najważniejszy jest człowiek i jego emocje, a literatura wciąż pozwala przeżyć oczyszczenie. Norweska autorka pięknie, bo bez egzaltacji snuje swoją opowieść, z taką samą uwagą przedstawiając  skomplikowane losy bohaterów, jak i odmalowując świat wokół nich. 

Tym razem, bez zbędnych ceregieli, dołączam do chóru piewców twórczości Anne B. Ragde. Jestem po prostu urzeczony i zachwycony. I tyle. 

Nowalijki oceniają 6/6







Dziękuję wydawnictwu Smak Słowa i agencji Business&Culture
za udostępnienie książki do recenzji.


piątek, 12 maja 2017

"Wszystko wina kota" Agnieszka Lingas - Łoniewska [PRZEDPREMIEROWO/PATRONAT]

www.novaeres.pl
Informacje o książce

autorka Agnieszka Lingas - Łoniewska
tytuł Wszystko wina kota

wydawnictwo Novae Res
miejsce i rok wydania Gdynia 2017
liczba stron 400

egzemplarz recenzencki
premiera 24.05.2017

patronat medialny bloga







Nowa powieść Agnieszki Lingas - Łoniewskiej. Na to zdanie z pewnością mocniej zabiją serca wielbicielek (a pewnie i niemałej grupy wielbicieli) twórczości wrocławskiej autorki. Każda kolejna książka wzbudza emocje i staje się przyczynkiem do dyskusji o bohaterach i opisywanych wydarzeniach. Nie inaczej będzie zapewne po lekturze Wszystko wina kota, reklamowanej jako romantyczna komedia omyłek. Kto jednak spodziewa się kolejnej polskiej wersji chick lit, ten się rozczaruje, bo choć autorka czerpie motywy z tego typu literatury, to jednak pogłębia wątki obyczajowe, wychodząc tym samym poza ramy gatunku. A sama powieść zyskuje w ten sposób na wartości.


Lidia Makowska od lat odnosi sukcesy na polskim rynku wydawniczym. Jej powieści, pisane pod pseudonimem, stają się bestsellerami, na które z utęsknieniem czekają czytelniczki. Róża Mak, bo takie nazwisko widnieje na okładkach, znakomicie wyczuwa potrzeby kobiet, pisząc lekkie historie o miłości. Lidia skończyła właśnie nową książkę, ale radość z tego wydarzenia mąci fakt, że wydawnictwo zdecydowało, iż najwyższa pora zdradzić największą tajemnicę i wyjawić, kto kryje się za wykreowaną postacią Róży Mak. Autorka martwi się także, jak nową powieść przyjmie znany bloger, który niekoniecznie pozytywnie oceniał poprzednie jej książki. Smaczku dodaje fakt, że i on ukrywa swoją prawdziwą tożsamość. Tymczasem do mieszkania obok wprowadza się przystojny Jeremi. Lidka nie ma teraz głowy do romansowania, ale ... jej kot wpadł na pewien pomysł. Bierze sprawy w swoje ręce. O, przepraszam - w swoje łapy! 

Wbrew temu, co może wydawać się niektórym czytelnikom (i blogerom) wcale nie tak łatwo jest napisać lekką powieść, wykorzystującą znane motywy. Można bowiem odnieść wrażenie, że w powieści gatunkowej, a taką z pewnością jest Wszystko wina kota, napisano już bardzo dużo. To po części prawda i cały dowcip polega na tym, żeby jednak czytelnika (a raczej czytelniczkę) czymś zaskoczyć. Myślę, że Agnieszce Lingas - Łoniewskiej udała się ta sztuczka. Autorka sprawnie połączyła lekką komedię romantyczną z dość oczywistymi jej zaletami i wadami oraz powieść obyczajową, osadzoną w polskich realiach. Róża należy do świata romansu, jej trzem przyjaciółkom bliżej jest do rzeczywistości. Razem tworzą niezwykle dynamiczny zespół, paczkę serdecznych koleżanek, których siłą jest wzajemna troska i dawanie sobie poczucia bezpieczeństwa. Wiara w siłę ich relacji bardzo się przyda, bo choć Wszystko wina kota to powieść z gatunki tych bardziej rozrywkowych, to jednak autorka nie stroni od trudnych tematów. Wszak nie bez powodu nazywana jest dilerką emocji. Czytelniczki i czytelnicy z pewnością mogą liczyć na całą gamę uczuć, ponieważ wielką siłą tej powieści są właśnie przeżycia bohaterek, z którymi łatwo się identyfikować.

Wszystko wina kota Agnieszki Lingas - Łoniewskiej to powieść lekka i bardzo optymistyczna, w której nie brakuje mocniejszych akcentów obyczajowych. Miłość, siła przyjaźni, nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, wreszcie budowanie zaufania to wątki, które w książce dominują, gwarantując lekką, ale nie bezrefleksyjną rozrywkę. Warto zwrócić uwagę, że autorka odsłania w książce kulisy działaności rynku wydawniczego w Polsce. Z autorkami, redaktorkami, czytelnikami i hm ... blogerami, którzy współpracują ze sobą, krytykują lub chwalą, ale żyć bez siebie nie mogą. Wierzcie mi, wiem o czym piszę.

Wielbicielom twórczości Agnieszki Lingas - Łoniewskiej nie trzeba specjalnie polecać jej najnowszej powieści. I jestem przekonany, że się nie zawiodą, bowiem znajdą w niej to wszystko, za co kochają autorkę i co definiuje jej styl. Historia Róży Mak nie tylko poprawia humor, ale i daje nadzieję, że z dobrymi ludźmi wokół siebie można dzielnie stawić czoła wszelkim przeciwnościom.

Nie mogę za wiele zdradzić, ale również dla mnie Wszystko wina kota to powieść szczególna, za co bardzo Autorce dziękuję. Radzę czytać uważnie, kto wie, może zgadniecie, co mam na myśli?

Nowalijki oceniają 5/6




za udostępnienie powieści do recenzji przedpremierowej
i możliwość objęcia książki patronatem medialnym bloga.

wtorek, 9 maja 2017

"Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica" Kuba Wojtaszczyk

www.muza.com.pl
Informacje o książce

autor Kuba Wojtaszczyk
tytuł Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?

wydawnictwo Muza SA/Akurat
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 288

egzemplarz recenzencki










Kuba Wojtaszczyk, autor Portretu trumiennego (tutaj) i Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć (tutaj), powraca z nową powieścią. Po raz kolejny przygląda się Polsce, ale tym razem akcja (choć to stwierdzenie na wyrost) rozgrywa się w 1945 roku. Trupa cyrkowa wędruje przez kraj, który ledwo wyzwolił się spod okupacji hitlerowskiej, żeby na kolejne dziesięciolecia wpaść w radziecką niewolę. Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? to próba spojrzenia na ludzi, których wojna pozbawiła nie tylko dachu nad głową, ale także odarła złudzeń co do przeszłości.




Rok 1945 - wyczekiwane wyzwolenie. Nadchodzi po latach wojennej katastrofy. Ci, którzy przeżyli, czekają na cud. Oto bowiem narodzi się nowa Polska. Nic jednak nie wskazuje, że będzie to państwo ładu i spokoju. Autor uchwycił w książce krótki moment, kiedy miejsce w nowej rzeczywistości próbują znaleźć zarówno sieroty po Hitlerze, jak i synowie Związku Radzieckiego. Panuje chaos przywołujący na myśl  postapokaliptyczne wizje. Trudno bowiem nie ocenić sytuacji kraju i ludzi inaczej, niż właśnie poprzez pryzmat katastrofy. Przez zniszczone wojną obszary Polski, niczym zombie, przemykają folksdojcze i niedobitki grup partyzanckich, wymierzających sprawiedliwość na własnych zasadach. Procesje snują się przez zniszczone wojną wsie, aby Bogu podziękować za ocalenie. Wszechobecny chaos i samowolka charakteryzują codzienność wiosny 1945 roku.

Przez Polskę przyjeżdża trupa, przez tajemniczego Właściciela okrzyknięta pierwszym powojennym cyrkiem (jakby mało było cyrku wokół). Autor zapełnia tabor grupą odmieńców, którzy wpisują się w stereotypowe wyobrażenie wędrownego freak show. Tym samym Kuba Wojtaszczyk nawiązuje do popularnego motywu cyrku, jako miejsca dla wszelkiej maści nieprzystosowanych i innych. Grupa pod wodzą Właściciela to zbieranina dziwna, straszna i wywołująca współczucie. Wśród nich wieśniaczka Fela udająca wróżkę, kobieta - guma po wojennej traumie, ukrywający prawdziwą tożsamość folksdojcz, czy wreszcie Moryc, okrzyknięty Ostatnim Żydem w Polsce. Reprezentują różne pochodzenie, poziom wykształcenia i mają inne doświadczenia wojenne, ale właśnie to one są spoiwem grupy. Ich przejazd przez kolejne miejscowości daje autorowi możliwość pokazania Polski, która nie potrafi poradzić sobie z otrzymaną wolnością, niczym dziecko we mgle błądząc po manowcach, na siłę szukając nowego wroga, wymierzając sprawiedliwość jak popadnie i ze strachem patrząc w niedaleką przyszłość. Rok 1945 to stan permanentnego mętliku i chaosu, otwarta rana i niezaleczona trauma. Wizja tak smutna, jak i prawdziwa, zwiastująca nadejście nieciekawych czasów. 

Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? to kolejna próba spojrzenia na umownie nazwaną polską rzeczywistość. Do tej pory Kuba Wojtaszczyk koncentrował się na współczesności, tym razem sięgnął do historii. Jednocześnie odległej, ale i bliskiej, mającej realny wpływ na drugą połowę XX wieku. Autor ponownie sięgnął po cały wachlarz środków literackich, aby po swojemu przedstawić przeszłość. Trudno nie dostrzec hiperbolizacji i efektu krzywego zwierciadła, wynaturzenia i przerysowania, wreszcie dosłowności. Bardziej dociekliwy czytelnik zacznie doszukiwać się pewnie odniesień do innych tekstów kultury, wszak Cormack McCarthy i cytat z kultowej Drogi pojawia się jako motto powieści. 

Wspomniałem wcześniej, że akcja w powieści to sformułowanie na wyrost. Właściwie powinienem napisać, że jej w książce właściwie nie ma. Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? to raczej zbiór wydarzeń, które łączą w jedną całość członkowie grupy cyrkowej. Podczas lektury powieści towarzyszyło mi poczucie braku ciągłości między poszczególnymi epizodami. Rozdziały tworzą oczywiście fabularną całość, ale dość luźna konstrukcja tekstu sprawia, że niełatwo jest zagłębić się w treść. Wybrany przez autora sposób prowadzenia narracji niekoniecznie dobrze przysłużył się całości opowiadanej historii. Chaos panujący w powojennej Polsce przenosi się na tekst powodując, że istnieje ryzyko bezrefleksyjnego prześlizgnięcia się przez powieść. Brak wyraźnego punktu zaczepienia fabuły można zapewne tłumaczyć potrzebą oddania atmosfery panującej w 1945 roku. Trudno mi jednak ocenić, czy to celowy zabieg stylistyczny autora, czy uchybienie w konstrukcji książki. Tak na marginesie  - skoro wspominałem o odwołaniach, to nie mogę nie wspomnieć, że czytając nową powieść Kuby Wojtaszczyka miałem przed oczami znakomity, niezwykle plastyczny serial Carnivale (produkcji HBO). Analogia być może trochę na wyrost, ale oddająca w pewnym stopniu klimat obu tytułów.

Po ciekawym debiucie (Portret trumienny) i bardzo udanej powieści (Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć) z niecierpliwością czekałem na trzecią książkę Kuby Wojtaszczyka. Kapitalny tytuł zapowiadał zresztą intrygującą treść. I choć ostatecznie nowa książka nie spełniła wszystkich moich oczekiwań, to i tak uważam, że warto po nią sięgnąć. Choćby po to, by przekonać się, w jaki sposób autor rozprawił się z mitem założycielskim nowej (w domyśle powojennej) Polski. I żeby uświadomić sobie, że choć od opisywanych w książce wydarzeń minęły całe dekady, to ich wydźwięk jest wciąż niebezpiecznie aktualny. Niestety. 

Nowalijki oceniają 4/6








za udostępnienie książki do recenzji.









sobota, 6 maja 2017

"Najmroczniejszy sekret" Alex Marwood [PRZEDPREMIEROWO]

www.albatros.com
Informacje o książce

autorka Alex Marwood
tytuł Najmroczniejszy sekret
tytuł oryginału The Darkest Secret
przekład Rafał Lisowski

wydawnictwo Albatros
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 416

egzemplarz recenzencki
premiera 10 maja 2017







Alex Marwood, brytyjska dziennikarka i pisarka powraca z nową powieścią. Najmroczniejszy sekret to thriller psychologiczny, powieść w której przeszłość bohaterów to jedno wielkie kłamstwo. Po latach okaże się, że nic nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać, a tragedia skutecznie zatruje, idealne na pozór, życie uczestników pewnego przyjęcia. 



Sean Jackson, bogaty i wpływowy deweloper organizuje swoje pięćdziesiąte urodziny. Do okazałej willi nad morzem zjeżdżają goście, równie jak jubilat majętni i z koneksjami. Zabawa trwa na całego, ale niespodziewanie kończy się tragedią. W niewyjaśnionych okolicznościach znika trzyletnia córka Seana, bliźniaczka z kolejnego związku biznesmena. Mimo zakrojonego na szeroką  skalę dochodzenia, nie udaje się ustalić, co takiego stało się z dziewczynką. Dwanaście lat później uczestnicy feralnego przyjęcia spotykają się ponownie, aby podczas pogrzebu raz jeszcze stawić czoła demonom z przeszłości. Wśród żałobników jest również Mila, teraz dorosła już córka Jacksona z pierwszego małżeństwa. Wraz z nią na pogrzeb przyjechała Ruby, siostra zaginionej Coco. Mila przez przypadek trafia na drobny ślad, który doprowadzi ją, być może do prawdy. Czy aby na pewno będzie to ... prawda ostateczna?

Najmroczniejszy sekret od pierwszych stron wciąga czytelnika w matnię kłamstwa i przeinaczeń. Narracja prowadzona jest dwutorowo, co pozwala śledzić wydarzenia z przeszłości, które doprowadziły do zniknięcia Coco i dwanaście lat później, kiedy bohaterowie przygotowują się do pogrzebu. Pisarka zarzuca na czytelnika niezwykle gęstą sieć wydarzeń, postaci i skomplikowanych relacji między nimi. Byłe żony konkurują z obecnym, te zaś z kochankami, pod nogami dorosłych pałętają się dzieci. Tylko z pozoru śmietanka towarzyska i biznesowa beztrosko spędza czas w okazałej posiadłości. W rzeczywistości urodzinowe przyjęcie to pole bezwzględnej walki towarzyskiej o wpływy w grupie. Alkohol i inne używki sprawiają, że hamulce puszczają, a goście Seana Jacksona choć mają pieniądze, to z całą pewnością klasy za nią nie kupili. Autorce udało się sportretować ludzi ze świecznika tak, że żadna z nich nie budzi sympatii. Krok po kroku zdrapuje pozłacaną farbę, pod którą kryje się bardzo brzydkie drugie dno. Przy okazji postaci - Alex Marwood w mediach społecznościowych bardzo cieszy się z popularności jej książek w Polsce. I daje temu wyraz z iście angielskim poczuciem humoru - portretując polskich budowlańców poprzez wyeksponowanie stereotypowych wyobrażeń na ich temat. Ale żeby być uczciwym, trzeba też dodać, że na swoich krajanach też nie zostawia suchej nitki. Relacje między nimi oparte są na zależnościach towarzyskich i finansowych, a toksyczność tego układu pogłębią jeszcze wydarzenia z feralnej nocy. 

Kto czytał poprzenie powieści Alex Marwood ten wie, jaki styl opowieści preferuje autorka. Gęsty, bogaty w wydarzenia i postaci sprawa, że początkowo trudno wczytać się w fabułę. Ale warto dać szansę i sobie, i powieści, ponieważ w pewnym momencie wszystko zaczyna do siebie pasować. Co z tego, skoro autorka świetnie opanowała manipulację, podrzucając mylne tropy i skutecznie odciągając uwagę od meritum, żeby na końcu zmusić czytelnika do ponownej weryfikacji faktów. Nie inaczej jest w Najmroczniejszym sekrecie, thrillerze, w którym warstwa psychologiczna jest bardzo rozbudowana i można odnieść wrażenie, że góruje nad motywem zniknięcia dziecka. Jak jest naprawdę, to da się ocenić dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania. I wtedy też warto docenić misterną konstrukcję fabuły powieści.

Trzecia książka Alex Marwood pokazuje, że autorka ma duże możliwości warsztatowe i sporo pomysłów na interesującą fabułę. Jestem skłonny uznać, że to najlepsza powieść Marwood, a na pewno najciekawiej skonstruowana, z mocno narysowanymi postaciami i wątkiem, który odnosi się do prawdziwych wydarzeń. Miłośnicy historii z pogranicza thrillera oraz powieści psychologicznej i obyczajowej z pewnością będą zadowoleni. 

Nowalijki oceniają 5/6



za udostępnienie egzemplarza do recenzji przedpremierowej.


wtorek, 2 maja 2017

"Deniwelacja" Remigiusz Mróz [PRZEDPREMIEROWO]

www.wydawnictwofilia.pl
Informacje o książce

autor Remigiusz Mróz
tytuł Deniwelacja

wydawnictwo FILIA/FILIA Mroczna Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 496

egzemplarz recenzencki
premiera 10.05.2017








Kiedy z żalem odkładałem na półkę Trawers nie sądziłem, że Remigiusz Mróz powróci do zakończonej tym tomem serii. Chociaż nie - miałem nadzieję, że może jednak nie napisał w historii Forsta ostatniego zdania. Zakończenie cyklu nie sugerowało jednoznacznie, że ciąg dalszy nastąpi, ale ... trudno nie było odnieść wrażenia, że drzwi do nowej części zostały lekko uchylone. Wydawnictwo ogłosiło premierę Deniwelacji w okolicy Prima aprilis i można było odebrać to jako żart, tak zabawny, jak i okrutny. A jednak nie! Trylogia przekształciła się w tetralogię, choć pewniej lepiej napisać serię, bo wszystko wskazuje na to, że Forst nie znudził się jeszcze autorowi a i czytelnicy z pewnością będą ciekawi ciągu dalszego.

IG Nowalijki

Właśnie mija rok od tragicznych wydarzeń kończących Trawers. W życiu bohaterów wiele się zmieniło. Czasem na lepsze, częściej chyba jednak na gorsze. W Tatrach, które wciąż pamiętają Bestię z Giewontu, topnieje śnieg, który odkrywa makabryczny widok. Na zboczach wspomnianej góry zostają znalezione zwłoki pięciu młodych kobiet. Ubrane niestosownie do warunków górskiej turystyki, nie mają żadnych obrażeń. Wkrótce w mieście giną kolejne kobiety, a zbrodnie przypominają te, których dokonała Bestia. Osica, Wadryś - Hansen i Gerc odkrywają, że ślady mogą prowadzić do byłego komisarza Wiktora Forsta. Tylko że Wiktor od roku nie daje żadnego znaku życia. 

Deniwelacja to nie tylko spotkanie ze starymi bohaterami, ale i zupełnie nowa, zaskakująca sprawa kryminalna. Ponownie oczy całej Polski zwrócone są w stronę Zakopanego, które w książce Remigiusza Mroza urasta do rangi prawdziwej stolicy zbrodni. Autor proponuje, jak zawsze, historię, która nie daje czytelnikowi spokojnie złapać oddechu. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, każdy rozdział kończy się zaskakującą informacją, tym samym nie pozwalając na dłużej oderwać się od lektury. Remigiusz Mróz już dawno opanował do perfekcji konstrukcję, która w słowniku języka angielskiego znajduje się pod hasłem page turner. A przemożna chęć zerknięcia na ostatnie zdanie powieści sprawia, że ciśnienie tylko rośnie. I nie może być inaczej, bo gdzie jak gdzie, ale w właśnie w tej serii cliffhanger to przysłowiowa wisienka na torcie. Ale żeby było jasne - słodko w Deniwelacji z pewnością nie jest. Autor serwuje swoim bohaterom seanse okrucieństwa, pewnie nieźle się przy tym bawiąc. O czytelnikach nie wspomnę, bo to oczywiste, że i ich emocje sięgają zenitu.

Seria z Wiktorem Forstem to mój ulubiony cykl powieściowy Remigiusza Mroza. Szczególnie cenię w tej serii lekkość z jaką autor zgrabnie żongluje motywami z pogranicza kryminału i sensacji. W mojej ocenie Deniwelacja przypomina pod tym względem Ekspozycję, trudno bowiem nie zauważyć, że obie powieści łączy  pewne przerysowanie rzeczywistości. Z kolejną historią o Forście jest trochę jak z filmami z Jamesem Bondem. Chwilami z niedowierzania uśmiechamy się z przekąsem, ale jednocześnie nie chcemy zrezygnować z dalszego czytania/oglądania. Narzekamy, że zabili go i uciekł, ale magia przygody robi swoje i koniec końców, w towarzystwie wybuchów i nieoczekiwanych splotów wydarzeń czekamy na finał. Deniwelacja z pewnością spodoba się czytelnikom, którym nie przeszkadza, że na fabułę warto spojrzeć z lekkim przymrużeniem oka. To w końcu naprawdę dobrze opowiedziana historia sensacyjna o rozrywkowym charakterze. Tylko tyle i aż tyle. 

Cieszę się, że seria o Wiktorze Forście wzbogaciła się o kolejny tom i ciągle mam nadzieję, że jednak ... ale to się pewnie okaże. Autor z pewnością wie, ale nic nie powie. Wskazówka - a jakże - znajduje się w zakończeniu Deniwelacji.

Nowalijki oceniają 5/6



za udostępnienia książki do recenzji.





sobota, 29 kwietnia 2017

"Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej" Anna Broda

www.muza.com.pl
Informacje o książce

autorka Anna Broda
tytuł Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej

wydawnictwo Muza SA
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 384

egzemplarz recenzencki










Stare porzekadło mówi, żeby nie oceniać książki po okładce. A po tytule? Przyznam, że to właśnie tytuł debiutanckiej powieści Anny Brody zachęcił mnie do przeczytania jej książki. Okładka bowiem sugeruje rodzimą wersję chick lit, gatunku który raczej nie jest dominującym w moich literackich wyborach. Już po kilkunastu stronach zorientowałem się, że czytelnicza intuicja mnie nie zawiodła, bo choć nawiązań do literatury popularnej dla kobiet jest sporo, to jednak Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej okazała się ciepłą i sympatyczną powieścią obyczajową, oczywiście że o miłości, ale bez nadmiernego lukru i melodramatyzmu. 

IG Nowalijki

Marta ma wszystko. Pracę marzeń w opiniotwórczym czasopiśmie, napisaną powieść i przystojnego narzeczonego. Wyjechała z rodzinnego Krakowa do stolicy, aby rozwinąć skrzydła i zrobić karierę. Ale ... Czasopismo Implikatura Konwersacyjna jest tak niszowe, że kupuje go chyba tylko rodzina członków redakcji. Kryminał Marty ma nie tylko skomplikowaną fabułę, ale i trudny do wymówienia tytuł. I brak perspektyw na wydanie. Tylko narzeczony się zgadza - jest przystojny i wpływowy - kształtuje  wizerunki w mediach społecznościowych. I ma świetną wspólniczkę. Tyle że Marta jakoś nie może się wpisać w ramy  ich medialnego związku. Kiedy otrzymuje zaskakującą, acz smutną wiadomość, musi wrócić do rodzinnego miasta, a tam ... No cóż, tam nie pomogą jej ani rozmowy ze zdjęciem Carrie Bradshaw, ani kolejny odcinek Przyjaciół. Trzeba zakasać rękawy i stawić czoła codzienności.

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej to pierwsza powieść Anny Brody i w mojej opinii jest to debiut bardzo udany. Autorka wymyśliła fabułę rodem z lekkich powieści dla kobiet, ale jednocześnie sprawnie ominęła mielizny charakterystyczne dla chick lit. Owszem, w powieści nie trudno dostrzec dobrze znanych wątków i tematów, ale na szczęście nie zdominowały one książki. W konsekwencji historia Marty i całej plejady jakże oryginalnych postaci to udana powieść obyczajowa, lekka i zabawna, ale z pazurem. Nie brak w niej bowiem ironii w opisie współczesnej Polski ( a raczej Warszawy i Krakowa) i krzywego zwierciadła, w którym odbijają się najnowsze treny i sezonowe mody. Marta nauczy się, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, a świat telewizji śniadaniowych i ekskluzywnych magazynów nijak ma się do rzeczywistości. Bohaterka ma szczęście w nieszczęściu, ponieważ otoczona jest ludźmi, którym na niej zależy. I choć miłość przewija się przez całą fabułę, to autorka uczucie potraktowała z pewnym dystansem, unikając banału i różowego lukru na weselnym torcie. 

Dobrze jest czasem przeczytać książkę, która niekoniecznie wpisuje się w codzienne lektury i ulubioną tematykę. Debiut Anny Brody to oczywiście literatura rozrywkowa, ale dobrze napisaną powieść czyta się bardzo przyjemnie. To sympatyczna historia obyczajowa, którą nie razi kliszami, a jej celem jest dostarczenie inteligentnej rozrywki. I Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej spełnia te warunki. A o co chodzi z tym zakalcem i wspominaną w tytule Przybyszewską? Pewnie mógłbym to i owo zdradzić, ale ... może warto osobiście rozwiązać tę zagadkę?

Nowalijki oceniają 4+/6




Dziękuję Wydawnictwu Muza
za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


środa, 26 kwietnia 2017

"Zła krew" Max Bilski

www.videograf.pl
Informacje o książce

autor Max Bilski
tytuł Zła krew

wydawnictwo Videograf
miejsce i rok wydania Chorzów 2015
liczba stron 270

egzemplarz recenzencki









Powieść kryminalna to jeden z tych gatunków literackich,  gdzie napisano już chyba wszystko. Kolejne książki w zasadzie bazują na podobnym schemacie, inaczej tylko akcentując wątki i motywy. Autorzy różnie sobie radzą w tej kwestii, czasem obudowując koleją fabułę wokół postaci głównego bohatera, czasem epatując przemocą. Max Bilski, autor Złej krwi obrał jeszcze inną drogę, zaskakując czytelnika specyficznie prowadzoną narracją. O tym, czy jest to zaleta powieści, czy może raczej wada - o tym w dalszej części tekstu.

Sięgnąłem po Złą krew nie mając kompletnie pojęcia, co mnie czeka. Niezła okładka zapowiadała thriller, ale już po pierwszych kilku rozdziałach wiedziałem już, że gatunek ten zostanie przez autora potraktowany inaczej, niż mógłbym tego oczekiwać. O samym pisarzu wiem niewiele, poza informacją, że ma na swoim koncie serię kryminalną Podróże ze Śmiercią, Zła krew to nowy cykl, a Max Bilski jest związany z dziennikarstwem. 

IG Nowalijki

Akcja powieści toczy się w sennym, prowincjonalnym miasteczku koło Raciborza. W okolicy wspomina się dawne czasy, ale mieszkańcy żyją świadomością, że najlepsze już za nimi. Żona lokalnego przedsiębiorcy popełnia samobójstwo, które wygląda jednak mocno podejrzanie. Dziennikarka wydawanego w miasteczku dziennika dostrzega pewną prawidłowość - w przeciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat podobnie odebrały sobie życie inne kobiety. Reporterka zwraca się z prośbą o pomoc do emerytowanego policjanta, którego  żona również popełniła samobójstwo. Zaczynają śledztwo, odkrywając krok po kroku prawdę o tragicznych wydarzeniach.

Wspomniałem już, że w kryminałach coraz trudniej jest o element zaskoczenia. I fabuła Maxa Bilskiego nie zadziwia skomplikowanym układem zdarzeń i nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Autor kładzie nacisk na odmalowanie lokalnej społeczności, połączonej siatką wzajemnych powiązań opartych na hakach. W tej powieści każdy o każdym coś wie, każdy każdemu jest w stanie zaszkodzić. Nie ma znaczenia, że miejscem akcji jest miasteczko gdzieś na południu Polski. Skala może jest mniejsza, ale problemy mieszkańców są takie same jak w wielkich aglomeracjach. Co ciekawe, autorowi udało się stworzyć całą galerię postaci, z których żadna nie wzbudziła mojej sympatii. Rzadko mi się zdarza, abym nie złapał kontaktu z którymś z bohaterów. To zdecydowanie utrudniało odbiór powieści, a oryginalna narracja początkowo wręcz mnie do niej zniechęcała. 

Czytając Złą krew trudno nie dostrzec, że autor zdecydował się na prowadzenie narracji, która przypomina reporterskie sprawozdanie. Narrator jest blisko zarówno wydarzeń, jak i samego czytelnika, przekraczając umowną granicę między osobą opowiadającą i jej odbiorcą. Zmienia punkt widzenia, relacjonując kolejne etapy śledztwa z perspektywy różnych bohaterów. Od czasu do czasu narrator ujawnia się, informując czytelnika wprost o tym, co za chwilę. Tym samym Max Bilski zabiera swoich czytelników za kulisy tekstu, pokazując mu jego konstrukcję. Przyznam, że początkowo bardzo mi to przeszkadzało, wprowadzało bowiem chaos. I choć z czasem przyzwyczaiłem się do takiej formy podawczej, to jednak wciąż mi ona gdzieś tam zgrzytała. Pomyślałem jednak, że to chyba zamierzona stylistyka, bowiem autor jest w niej konsekwentny do końca. Taką konwencją świata przedstawionego Zła krew przypomina mi współczesną wersję powieści sowizdrzalskiej, w której istotnym elementem była humorystyka. Trudno bowiem traktować bohaterów i wydarzenia  w książce całkiem na serio. Nie zaryzykuję stwierdzeniem, że Zła krew jest parodią gatunku, ale na pewno autor spojrzał na kryminał (bo thrillera jakoś kompletnie w książce nie dostrzegam) z dużego dystansu. Czy Złej krwi wyszło to na dobre? To już każdy musi ocenić indywidualnie. 

Zdaję sobie sprawę, że fabuła Maxa Bilskiego nie każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu. Powieść, a w domyśle seria, ma pewien potencjał, ale to przecież od autora zależy, czy i w którą stronę go rozwinie. Mimo że powieść mnie nie porwała i chwilę zajęło mi, aby przyzwyczaić się do stylu autora, to zdecydowałem się, aby poznać drugi tom serii. Zakończenie dało mi do myślenia. I zakładam, że wiem, czego się spodziewać, przynajmniej w kwestii stylu.

Nowalijki oceniają 4-/6



Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję 






poniedziałek, 24 kwietnia 2017

"Czarny manuskrypt" Krzysztof Bochus

www.muza.com.pl
Informacje o książce

autor Krzysztof Bochus
tytuł Czarny manuskrypt

wydawnictwo Muza SA
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 384

egzemplarz recenzencki










Gdyby nie propozycja od wydawnictwa, pewnie nieprędko sięgnąłbym po powieść Krzysztofa Bochusa. Wprawdzie kryminał retro to jeden z moich ulubionych gatunków literackich, jednak ostatnio trafiały mi się powieści, z lektury których nie byłem specjalnie zadowolony. Autor, który nie jest bynajmniej nowicjuszem, w roli powieściopisarza jednak debiutuje. I po lekturze Czarnego manuskryptu mogę już teraz napisać, że to debiut niezwykle udany, a sama powieść warta jest uwagi. Niby w temacie kryminału z przeszłości wszystko już napisano, jednak autorowi udało się skonstruować intrygującą historię na pograniczu kilku gatunków literackich. Dobrze się więc złożyło, że powieść trafiła w moje ręce, szkoda, że wystarczyła mi na jedno długie popołudnie. 


IG Nowalijki

Fabuła Czarnego manuskryptu toczy się na początku lat 30. XX wieku. Trwa upalne lato i w sennym Kwidzynie (a zachowując historyczne nazewnictwo Marienwerder) na niemieckim Pomorzu życie toczy się wolno. Miasteczkiem od czasu do czasu wstrząsają incydenty związane z działalnością młodej partii NSDAP. Polityczne lato jest tak samo gorące, jak aura za oknem kwidzyńskich domów. Sytuacja zmienia się, kiedy w mieście zostaje bestialsko zamordowany ksiądz Gerhard Platzeck. Koszmarna zbrodnia wygląda na teatralną inscenizację i jej symbolika spędza sen z powiek lokalnej policji. Smaczku sprawie dodaje pojawienie się w miasteczku radcy kryminalnego Christiana Abella, który przejmuje śledztwo. Jego powrót po latach w rodzinne strony nie wszystkim się podoba, ale animozje z przeszłości zostają usunięte w cień, kiedy dochodzi do następnego morderstwa. Umiera kolejny duchowny z parafii przy kwidzyńskiej katedrze. Mnożą się pytania, a śledztwo, prowadzone w kilku kierunkach, przyniesie nieoczekiwane rezultaty. Czy Abell zdąży odkryć zabójcę, zanim ten zada kolejny śmiertelny cios?

Powrót dawno niewidzianego w mieście Christiana Abella rodzi wiele pytań. Dlaczego gwiazda policji z Gdańska ląduje na prowincji? Jakie tajemnice skrywa śledczy? Z pewnością to świetny policjant, pewny siebie i odważny, a przy tym znakomity obserwator rzeczywistości. Autor nie zdradza za wiele z jego przeszłości, zostawiajac tym samym możliwość rozwinięcia tej postaci w kolejnej części kryminalnej serii. Przy okazji odwiedzin rodzinnych stron Abell odkrywa oczywistość, że i Kwidzyn nie jest wolny od plotek, koterii oraz gęstej siatki wzajemnych relacji i powiązań. Lokalni działacze narodowej prawicy coraz śmielej poczynają sobie w miasteczku, siejąc strach i wieszcząc nadchodzące zmiany, płynące wprost z Berlina. To wszystko sprawia, że radca kryminalny nie ma łatwego zdania. Śledztwo prowadzi na podstawie poszlak, a nowe hipotezy okazują się nieistotnymi dla sprawy wymysłami. Co gorsze, kolejne odkrycia ambitnego i upartego Abella ściągają na niego ogromne niebezpieczeństwo. Tropy prowadzą zarówno do podziemi kwidzyńskiej katedry, jak i do krypt, odnawianego właśnie, zamku krzyżackiego w Malborku.

Powieść Krzysztofa Bochusa to bardzo udane połączenie kilku gatunków literackich. Dominuje oczywiście kryminał w stylu retro, ale trudno nie dostrzec także elementów thrillera i powieść historycznej. Miłośnicy tej ostatniej znajdą w książce ciekawostki dotyczące niemieckiego Pomorza, informacje o dziełach sztuki i odwołania do średniowiecznych tekstów. Na wszelki wypadek uspokajam - wszystko podane jest w przystępnej formie, charakterystycznej dla powieści gatunkowej o wyraźnym charakterze rozrywkowym. A ta jest na wysokim poziomie, bowiem autor unika dłużyzn i dba o utrzymanie dobrego tempa wydarzeń. Oczywiście zaskakuje, ale tym samym sprawia, że powieść czyta się z wielką przyjemnością. Intryga kryminalna jest nietuzinkowa, ciekawie powiązana z przeszłością miasta. Krzysztof Bochus sprytnie zaciera granicę między prawdą historyczną i fikcją, sprawnie manewrując wątkami i motywami. 

Nie wiem, czy dla autora i jego czytelników będzie to rekomendacja, ale ... czytając Czarny manuskrypt z tyłu głowy miałem dwa nazwiska - Eco i Brown. Trudno bowiem nie zestawić fabuły odnoszącej się do przeszłości z Imieniem róży Umberto Eco. Z kolei Dan Brown skojarzył mi się z szybką akcją, wieloznacznością symboliki dzieł sztuki i swobodą w żonglowaniu znanymi motywami. Krzysztof Bochus jest gdzieś pomiędzy wspomnianymi autorami, a jego debiut powieściowy znakomicie wpisuje się w nurt powieści z pogranicza sensacji i historii. To oczywiście propozycja dla czytelników, którzy na pewne wydarzenia w fabule mogą patrzeć z przymrużeniem oka i nie przeszkadzają im konieczne skróty, charakterystyczne dla powieści  z pogranicza gatunków. A mnie już teraz cieszy wiadomość, że Christian Abell powróci w nowej powieści jesienią. Wtedy też okaże się, czy nowa powieść utrzyma wysoki poziom debiutu. Trzymam kciuki, aby tak było. 

Nowalijki oceniają 5+/6





Dziękuję Wydawnictwu Muza
za udostępnienie egzemplarza do recenzji.