środa, października 26, 2016

"Behawiorysta" Remigiusz Mróz

"Behawiorysta" Remigiusz Mróz
www.wydawnictwofilia.pl
Informacje o książce

autor Remigiusz Mróz
tytuł Behawiorysta

wydawnictwo Filia/Filia Mroczna Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2016
liczba stron 488

egzemplarz recenzencki
premiera 26 października 2016









Żeby tradycji stało się zadość, tę recenzję powinienem rozpocząć mniej więcej tak ... Kiedy sięgam po kolejną powieść Remigiusza Mroza ... Tym razem jednak nie będzie takiego wstępu. Po pierwsze byłby on wtórny i nudny, po drugie świadczyłby o tym, że piszący te słowa szybko wystrzelał się z pomysłów na początek nowej recenzji. Jak zawsze z zaciekawieniem, ale tym razem również z niepokojem sięgnąłem po nowość Remigiusza Mroza, czyli Behawiorystę. Z niepokojem, bo jego dwie ostatnie książki niespecjalnie przypadły mi do gustu. A jak jest tym razem?

Akcja Behawiorysty rozgrywa się w rodzinny mieście autora. To tam zamaskowany zamachowca barykaduje się w przedszkolu i bierze zakładników, wśród których oprócz wychowawczyń i personelu są również dzieci. Zanim policja zacznie swoje rutynowe działania, zamachowiec rozpocznie transmisję przez internet. Rozpoczyna się Koncert krwi, w którym oprawca, nazywający siebie Kompozytorem, proponuje widzom internetowego przekazu, makabryczne w skutkach głosowanie. Stawką jest życie jednego z pary zakładników. Do pomocy bezradnej policji zostaje zaproszony były prokurator Gerard Edling, specjalista od komunikacji niewerbalnej. Rozpoczyna się dramatyczna walka z czasem, a stawką staje się życie nie tylko przetrzymywanych, ale i samego Edlinga. Wydaje się, że koszmar  nie ma końca.

W nowej powieści Remigiusz Mróz nie tylko przeniósł fabułę do Opola, ale jak to w w jego książkach bywa, uczynił miasto jeszcze jednym bohaterem opowieści. Wyszło to historii na dobre, bowiem pozwoliło na odświeżenie fabuły i wprowadzenie zupełnie nowych bohaterów. Jednym z nich jest wspomniany Gerard Edling, którego prokuratorska kariera legła w gruzach. Okazuje się jednak, że jego dość osobliwa wiedza z dziedziny kinezyki może okazać się bardzo pomocna. Nie bez powodu nazywany jest przez oponentów Behawiorystą, bowiem żadne gesty, wykonywane przez ludzi,  nie są dla niego tajemnicą. Mimo niechęci ze strony organów ścigania, wydaje się jedyną osobą, która może cokolwiek zdziałać w konfrontacji z Kompozytorem. I to starcie tych dwóch osobowości jest osią fabularną powieści i mocną stroną całej historii. Obaj kryją w sobie mroczne tajemnice i choć szybko poznają wartość przeciwnika, robią wszystko, aby to oponent pierwszy wykonał fałszywy gest. Kompozytor tak przy okazji to postać i straszna i fascynująca jednocześnie. Tylko z pozoru wzięcie zakładników to akt terroryzmu. Mężczyźnie chodzi o coś znacznie więcej. I właściwie do samego końca czytelnik pozostaje z pytaniem, czy Kompozytor to tylko szaleniec, czy może sprytny manipulator. Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć, nawet po przeczytaniu ostatniej strony.

foto Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki

Remigiusz Mróz już wielokrotnie udowodnił, że jest wrażliwy na aktualne tematy społeczne. Kompozytor, zapraszając widzów do głosownia, zaproponował im swoiste reality show, w którym stawką jest ludzkie życie. Nowoczesne media, które na bieżąco relacjonują każde wydarzenie, oraz stara jak świat potrzeba igrzysk i krwi (bo przecież nie chleba) to niebezpieczny mariaż. I Kompozytor wie, jak ten związek wykorzystać. Mając za sobą siłę anonimowych internautów i widzów przed telewizorem, jest w stanie dokonać najgorszych czynów. Widzowie, być może z obrzydzeniem, ale i z zaciekawieniem będą oglądać to, co twórca Koncertu krwi im zaproponuje. I nie trudno się zorientować, że nie ma w tej sytuacji krzty optymizmu, a ocena społeczeństwa jest wręcz druzgocąca.

Behawiorysta jest powieścią kryminalną z przewagą thrillera psychologicznego. W moim odczuciu to bardzo udane połączenie. Bohaterowie powieści to postaci złożone, na tyle, na ile pozwala gatunek. Wprawdzie miałem pewne wątpliwości co do powodów takiego, a nie innego zachowania Kompozytora, a niektóre wątki śledztwa wydały mi się trochę naciągnięte, to w ogólnym rozrachunku Behawiorysta jest udaną powieścią. Remigiusz Mróz  zresztą już dawno znalazł receptę na wciągającą czytelnika prozę. Powieści dobrze zrobiła odpowiednia objętość, przez co autor uniknął mielizn oraz przeświadczenie, że będzie to fabuła zamknięta w jednym tomie. W ten sposób w Behawioryście nie pojawiają się sytuacje rodem z seriali i to z tych, rozpisanych na lata. Jest zaskakujące zakończenie, ale sprawnie zamykające wątki. Cieszy mnie też to, że autorowi tym razem udało się zrzucić z pleców ciężar nawiązań do innych postaci i powieściowych serii. Bohaterowie są na tyle zindywidualizowani, że raczej nikomu nie przyjdzie do głowy porównanie ich do jednej prawniczki, albo  pewnego komisarza. 

foto Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki

Może nie zarwałem nocy (bo nie lubię), a tu i ówdzie miałem wątpliwości, ale Behawiorysta dostarczył mi kilku godzin bardzo dobrej rozrywki. Moje obawy co do tej powieści porzuciłem gdzieś w połowie, oddając się lekturze bardzo dobrego, trzymającego tempo i umiejętnie dozującego emocje thrillera. Remigiusz Mróz bardzo, ale to bardzo w formie. 

Nowalijki oceniają: 5/6




za udostępnienie egzemplarza do recenzji premierowej.









wtorek, października 25, 2016

"Aorta" Bartosz Szczygielski

"Aorta" Bartosz Szczygielski
www.grupawydawniczafoksal.pl
Informacje o książce

autor Bartosz Szczygielski
tytuł Aorta

wydawnictwo W.A.B.
miejsce i rok wydania Warszawa 2016
liczba stron 396

egzemplarz recenzencki
premiera 28 września 2016

recenzja dla portalu www.lubimyczytac.pl






Za każdym razem, kiedy sięgam po nową powieść kryminalną  zastanawiam się, czy jej autor jest w stanie czymś mnie zaskoczyć. Kiedy to powieść debiutanta, można oczekiwać, z jednej strony powiewu świeżości, z drugiej zaś mankamentów częstych dla pierwszych dokonań literackich. W przypadku Bartosza Szczygielskiego, autora Aorty, sprawa wygląda jednak inaczej. Debiutujący pisarz, ma już za sobą doświadczenia literackie. Jest dwukrotnym laureatem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, opublikował także kilka opowiadań, recenzuje książki. Dotychczasowa działalność literacka autora z pewnością miała wpływ na ostateczny kształt debiutu, który czyta się tak, jakby Bartosz Szczygielski miał już za sobą co najmniej kilka powieści.

Aorta przenosi czytelnika do Pruszkowa, które do dziś w świadomości wielu Polaków kojarzy się głównie z działającą w latach dziewięćdziesiątych mafią. Sam pamiętam, że porachunki między gangami i przestępczy światek z tej miejscowości wielokrotnie gościły na pierwszych stronach gazet i na jedynkach serwisów informacyjnych. Jest jednak XXI wiek i może się wydawać, że przestępcza, niechlubna sława miasta jest już tylko wspomnieniem. Kiedy na jednym ze strzeżonych osiedli dwaj pracownicy firmy przewozowej znajdują zwłoki kobiety z wyłupionymi oczami, jak bumerang powraca zła sława Pruszkowa. Do miasta przyjeżdża komisarz Gabriel Byś, oddelegowany z Komendy Stołecznej. Dla policjanta nowe śledztwo jest szansą na rehabilitację po ostatniej, nieudanej akcji. Byś zaczyna śledztwo, nie wiedząc nawet, że zwłoki kobiety to dopiero początek wydarzeń, które obudzą uśpione, mafijne demony miasta. Okazuje się bowiem, że spokój panujący w mieście, to tylko pozory.

Bartosz Szczygielski podjął pewne ryzyko, przywołując na karty swojej powieści tematykę mafijną. Wydawać by się mogło, że w tym temacie sporo już napisano i odgrzewanie historii sprzed lat może okazać się mało zajmujące. A jednak autorowi udało się stworzyć wciągającą, interesującą powieść, której atutem są zarówno ciekawe postaci, jak i bardzo dobrze poprowadzona narracja. Autor zastosował ciekawy zabieg stylistyczny, kojarzący się z filmowym montażem. Sceny w jego fabule są krótkie, jednym cięciem przechodzi od jednego toku narracji do drugiego. Warto zwrócić na to uwagę, gdyż często pomostem między kolejnymi fragmentami bywa jedno słowo. Przyznam, że spodobała mi się tak poprowadzona fabuła. Całość sprawia wrażenie dynamicznej opowieści, która dodatkowo przykuwa uwagę czytelnika. Wydarzenia w Aorcie może nie pędzą na złamanie karku, bo to w końcu kryminał a nie powieść sensacyjna, ale w prowadzonym śledztwie sporo się dzieje. Na światło dzienne wychodzą coraz to nowe fakty, ale tak jak autor zapędza w ślepą uliczkę komisarza Bysia i innych policjantów, tak wywodzi w pole czytelnika. Im bliżej finału, tym akcja przyspiesza do końca, które naprawdę zostawia ogromny niedosyt. Może to i lepiej, bo takie zakończenie Aorty daje szansę na kontynuację, a z pewnością pozostawia czytelnika w stanie zaskoczenia. 

Czytając powieść Bartosza Szczygielskiego, nie sposób nie zwrócić uwagi na język powieści. Podoba mi się swoboda, z jaką autor opisuje świat w swojej książce. Stosuje wulgaryzmy, za którymi nie przepadam, ale w Aorcie kompletnie mi one nie przeszkadzały. Co więcej, uwiarygodniały całą historię, w której ułagodzony język brzmiałby co najmniej sztucznie. Autor od czasu do czasu wrzuca aluzje do współczesnych wydarzeń czy świata kultury masowej, nie można mu także odmówić inteligentnego poczucia humoru. Czasem ironicznego, częściej gorzkiego - ale taka jest rzeczywistość Pruszkowa z powieści i tacy są jej bohaterowie.

Postacie, które zaludniają świat Aorty, również zasługują na wspomnienie. Komisarz Gabriel Byś budzi sympatię czytelnika, bo nie ma w nim nic z policjanta rodem z amerykańskich seriali. On zna swoje miejsce w szeregu, wie gdzie zawalił i ma świadomość, że nie może oczekiwać od życia kolejnych szans. Kocha żonę, ale jest uzależniony od pracy, która przejęła nad nim kontrolę. Trzeba dodać, że to praca niewdzięczna, chimeryczna, bo zależna w równym stopniu od umiejętności całego zespołu ludzi, jak i  od zwykłego szczęścia. Policjant z Warszawy nie ma łatwo w klaustrofobicznym nieco Pruszkowie, za którym ciągnie się zła sława. Równie ciekawie prezentują się w powieści postaci kobiet, na czele z sierżant Moniką Ruszką oraz Kaśką, która przez długi czas będzie trudna do rozszyfrowania. Autor stworzył całą galerię bohaterów z bogatym bagażem doświadczeń i przeżyć, pogłębiając ich portret psychologiczny na tyle, na ile pozwala konwencja powieści.

foto Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki


Debiutancka powieść Bartosza Szczygielskiego to książka, na którą warto zwrócić uwagę. Wzrok przykuwa już sama okładka, ale gwarantuję, że fabuła Aorty skutecznie odciągnie czytelnika od innych zajęć. Z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom współczesnego kryminału. Oprócz pracy policjantów, ważne są wątki obyczajowe, a bohaterowie zmagający się z często bolesną codziennością, wciąż na nowo muszą podejmować kluczowe decyzje. Mimo wielokrotnie poruszanego już w literaturze tematu działaności zorganizowanych przestępczych grup przestępczych,  Aorta Bartosza Szczygielskiego wprowadza świeżość do literatury gatunkowej. Autor tym debiutem postawił sobie wysoko poprzeczkę, ale mam nadzieję, że to tylko tak na rozgrzewkę. Polecam i czekam na więcej!

Nowalijki oceniają 5/6




Dziękuję Autorowi i Wydawnictwu W.A.B.
za udostępnienie powieści do recenzji.


czwartek, października 20, 2016

"Nic oprócz milczenia" Magdalena Knedler PATRONAT

"Nic oprócz milczenia" Magdalena Knedler PATRONAT
www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autorka Magdalena Knedler
tytuł Nic oprócz milczenia

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2016
liczba stron 654

egzemplarz  recenzencki
premiera 12 października 2016


Patronat medialny bloga







Wśród premier tegorocznej jesieni jest kilka tytułów, na które czekałem lub czekam z ogromnym zaciekawieniem. Do tej grupy z pewnością zalicza się nowa powieść kryminalna Magdaleny Knedler Nic oprócz milczenia. To kontynuacja losów byłej komisarz policji Anny Lindholm, którą czytelnicy poznali w powieści Nic oprócz strachu. Twórczość Magdaleny Knedler odkryłem latem 2015 roku, kiedy przeczytałem debiut autorki Pan Darcy nie żyje. Od tego czasu kibicuję pisarce, która ujęła mnie niebanalną fabułą swoich powieści, talentem do pięknego opisywania rzeczywistości i poczuciem humoru. Humoru, dodam, nieoczywistego, wymagającego od czytelnika choć trochę znajomości literatury, filmu czy seriali. Mimo że gatunkowo powieści Magdaleny Knedler oscylują wokół literatury popularnej, to jednak czytając jej książki, jak choćby Windę, czy Klamki i dzwonki nie trudno dostrzec dbałość autorki o stronę literacką jej tekstów. Podobnie sprawa ma się z nową odsłoną serii z Anną Lindholm w głównej roli. 

Nic oprócz milczenia to drugi tom kryminalnej trylogii. Po dramatycznych wydarzeniach, które stanowiły kanwę Nic oprócz strachu, Anna postanawia odciąć się od dotychczasowego życia, przemyśleć relacje z bliskimi jej osobami i z dnia na dzień wyjeżdża do Wenecji. Trafia na początek karnawału, ale nie będzie tam pląsać z nowym ukochanym. Prędzej wpadanie w korowód tańca śmierci, gdyż zaraz po przyjeździe znajdzie ciało młodego gondolieria z tajemniczą przeszłością. Chwilę później w wystawnym Palazzo Marconi dochodzi do makabrycznej, choć po włosku przerysowanej zbrodni. Pomysłowej zbrodni. Anna, trochę przez przypadek, zostaje wciągnięta w śledztwo włoskiej policji, prowadzone przez intrygującego commissaro Antonia Vallego. Lindholm, w której odzywa się instynkt policjantki, nie wie jeszcze, że to dopiero początek niezwykle skomplikowanej, wielowątkowej i wielopoziomej intrygi, w którą wplątane są najzacniejsze weneckie rody. Po drodze wyjdą na jaw pewne okoliczności, które powiążą morderstwa z wydarzeniami z czasów II wojny światowej. 

W nowej odsłonie historii Anny Lindholm autorka wysyła ją do barwnej i karnawałowo rozbawionej Wenecji. To dobry krok, który pozwolił nie tylko dać Annie szansę na nowy początek, ale i uwiarygodnić wprowadzenie całkiem nowej sprawy kryminalnej. Wyjazd przysłużył się Lindholm, którą wprawdzie polubiłem już w poprzednim tomie, ale która jednocześnie pod koniec zaczęła mocno mnie irytować. Anna na szczęście stanęła mocno na nogi, z większym dystansem spogląda na ludzi i wydarzenia sprzed kilku miesięcy. Raz, może dwa trochę sobie pojęczy, ale tylko dlatego, że do Włoch przyjeżdżają Ingvar i Lajon, chyba po to tylko, żeby znów namieszać jej w życiu uczuciowym. A tymczasem Anna ulega urokowi mrukliwemu z początku Vallego i choć widziałem ją z  Ingvarem, to muszę przyznać, że Antonio też daje radę. I tylko Lajona wysłałbym na koniec świata, bo w drugim tomie specjalnie się nie popisał. Nie ma zresztą co ukrywać, Antonio ma tyle fajnych cech, że dotychczasowi mężczyźni jej życia wypadają dość blado.

Nic oprócz milczenia od pierwszych stron wciąga czytelnika w skomplikowaną i wielowątkową fabułę, od której nie sposób się oderwać. Anna będzie musiała zweryfikować swoje odczucia względem innym bohaterów, bowiem każdy z nich coś ukrywa. A może lepiej napisać, że ludzie wokół niej chowają się za maskami, niekoniecznie karnawałowymi. Akcja rozgrywa się współcześnie, ale Magdalena Knedler udanie komplikuje fabułę, wprowadzając wątki sprzed wielu lat. Dopiero w finale poszczególne elementy skomplikowanej układanki ułożą się w jedną całość. Można oczywiście bawić się w zgadywanie kto zabił, ale autorka myli tropy, nie ułatwiając tym samym zadania. Fabuła Nic oprócz milczenia kojarzy się z koronkową robotą weneckiego jubilera, aby ją docenić, trzeba się uważnie wczytać w tekst. A ten jest pięknie podany, z dbałością o weneckie detale, pełen drobnych włoskich smaczków. Jak to u Magdaleny Knedler pojawiają się subtelne nawiązania do literatury (tym razem to Henry James i Skrzydła gołębicy  - a jakże) i filmu, z suspensem mistrza Hitchcocka na czele. Jest oczywiście humor, ale taki nieoczywisty, wystarczy wspomnieć wizytę lekarza na początku powieści, czy barwny duet Francuzów, z ekscentrycznym dziadkiem na czele. Podoba mi się, że autorka literaturę lekkiego kalibru podaje w sposób elegancki, pozwalający docenić dobrze napisaną prozę. Pewnie mogłaby pójść na łatwiznę: mało narracji, dużo dialogów, tu i ówdzie lokowanie produktu i obowiązkowy cliffhanger. A nie, Anna jeśli ma ochotę na kawę w papierowym kubku, to myśli o jednej z komercyjnych sieciówek a nie o konkretnej marce. Drobiazg? Może. Ale da się wyczuć różnicę. 

foto Tomasz Radochoński/www.nowalijki.blogspot.com


Nic oprócz milczenia to powieść, w której wątek kryminalny jest tak samo ważny, jak tło obyczajowe i relacje między bohaterami. Wenecja, przedstawiona z dbałością o detale, stała się jeszcze jedną bohaterką tej opowieści. Wąskie uliczki, stare pałace i jeszcze starsze kamieniczki, kanały i gondolierzy, wreszcie upojony karnawałową zabawą tłum mieszkańców i turystów to elementy, które budują nastrój książki. Za symbolicznymi maskami, jednoznacznie kojarzącymi się z commedią dell'arte i pysznymi strojami z epoki, ukrywają się ludzie ze wszystkimi przywarami i wadami. I tak jak post walczy z karnawałem, tak żądza bogactwa wygrywa z przyzwoitością, prowadząc po trupach do celu. Anna ma tego świadomość więc nie dziwi się, kiedy okazuje się, że to jeszcze nie koniec... 

Nowa książka Magdaleny Knedler to jedna z tych powieści kryminalnych, którą czyta się z duża przyjemnością, ale która wymaga czytelniczej cierpliwości. W tekst trzeba się wgryźć, poznać wszystkie wątki i bohaterów, aby w finale docenić precyzyjną konstrukcję całości. Za to satysfakcja po takim kryminale - gwarantowana.

Z przyjemnością i żalem jednocześnie sięgnę po ostatni tom z Anną Lindholm, ale to dopiero za jakiś czas. I po lekturze aż się prosi, aby odwiedzić Wenecję, albo przynajmniej obejrzeć M jak morderstwo

Nowalijki oceniają 6/6




Dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona za udostępnienie egzemplarza do recenzji i za możliwość objęcia książki patronatem medialnym.






czwartek, października 13, 2016

"Najgorsze dopiero nadejdzie" Robert Małecki

"Najgorsze dopiero nadejdzie" Robert Małecki
www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autor Robert Małecki
tytuł Najgorsze dopiero nadejdzie

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2016
liczba stron 408

egzemplarz recenzencki










Tegoroczna jesień obrodziła powieściami kryminalnymi. Wśród wielu premier to właśnie historie sensacyjne i kryminalne wyróżniają się na księgarskich półkach. Jedną z nowości, na którą warto zwrócić uwagę, jest debiutancka powieść Roberta Małeckiego Najgorsze dopiero nadejdzie. Jak oceniam tę książkę, co mi się spodobało, a czego się czepiam - to wszystko już teraz w recenzji. 

Kiedy poznajemy głównego bohatera powieści, dziennikarza Marka Benera, mężczyzna znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Od szefowej największego w Toruniu dziennika Gazety Miejskiej otrzymał właśnie wymówienie, mimo że jego praca od dawna utrzymywała tytuł na powierzchni. Benerowi nie wiedzie się również w życiu osobistym. Trzy lata temu zniknęła bez wieści ciężarna żona dziennikarza, a mężczyzna bezskutecznie próbuje wyjaśnić to dramatyczne wydarzenie. Jak na razie bez żadnych rezultatów. Zaraz po powrocie z Berlina, gdzie szukał śladów żony, Bener ma napisać artykuł na temat pożaru w domu za miastem. Na miejscu okazuje się, że zginął  tam dawny przyjaciel dziennikarza, a jego żona, niegdyś dziewczyna Benera, zostaje porwana. Mężczyzna nie zdaje sobie początkowo sprawy, że został wmanewrowany w szalenie niebezpieczną grę, a najgorsze dopiero przed nim ...

Najgorsze dopiero nadejdzie zaczyna się jak klasyczny kryminał, który na własny użytek nazwałem miejskim. Jest więc dziennikarz, który wiele w życiu przeżył i nieobce są mu przekręty na styku polityki i biznesu. Są kumple i pewna siebie szefowa, pojawiają się problemy rodzinne. Jest wreszcie Toruń, jeszcze jeden bohater książki, a nie tylko tło dla rozgrywających się wydarzeń. Trochę duszny klimat miasta, układy i wzajemne powiązania między najważniejszymi ludźmi w Toruniu sugerowały solidną powieść kryminalną, mocno osadzoną w aktualnej sytuacji społecznej i politycznej. I niespodziewanie konwencja ulega zmianie. Nagle akcja przyspiesza,  Bener zaczyna przypominać superbohatera, sypią się ciosy, padają strzały i z kryminału robi się powieść sensacyjna. I to trochę z gatunku zabili go i uciekł. Nie powiem, czyta się to bardzo dobrze, ale w moim odczuciu część wydarzeń jest przerysowana, a może potraktowana z przymrużeniem oka, choć nie wiem oczywiście, czy takie były intencje autora. Ta niespodziewana zmiana konwencji (ale nie stylu) trochę wybiła mnie z czytelniczego rytmu i przez jakiś czas uwierała podczas czytania. Muszę jedna przyznać, że od powieści trudno było mi się oderwać i mimo kilku zdziwień Ale jak to? wraz z bohaterem pędziłem do zaskakującego finału. Jak się okazuje, finału pierwszego tomu, bo Marek Bener nie zamknął wszystkich spraw i jeszcze powróci.


foto Tomasz Radochoński/www.instagram.com/nowalijki

Mimo usterki w kwestii gatunków, z czystym sumieniem mogę napisać, że powieść Roberta Małeckiego warto przeczytać. Przypadła mi do gustu postać dziennikarza i wydaje się, że Bener ma nadal duży potencjał. Z pewnością autor wykorzysta go w kolejnych częściach. Doceniam odrobinę zgryźliwe i z całą pewnością autoironiczne poczucie humoru głównego bohatera powieści. Sama intryga jest wciągająca i choć balansuje chwilami na granicy literackiej fikcji, w sumie mogłaby się wydarzyć tu i teraz. Warte uwagi jest tło powieści: z jednej strony kulisy pracy dziennikarza, z drugiej świat polityki, korupcja  wielkie pieniądze i jeszcze większe ego polityków. Myślę, że dla mieszkańców Torunia dodatkowym smaczkiem bedą opisy miasta i nawiązania do niedawnych wydarzeń w regionie. 

Wspomniałem na wstępie, że Najgorsze dopiero nadejdzie to debiut Roberta Małeckiego. Dodam, że w ogólnym rozrachunku debiut udany i warty przeczytania. Książkę cechuje bardzo dobry styl narracji, dzięki czemu powieść czyta się z dużą przyjemnością.  A to niekoniecznie jest reguła w odniesieniu do tekstów gatunkowych. Mam nadzieję, że pisarz na dłużej zagości w literackim światku polskich kryminałów, bo chyba pora wpuścić tam trochę świeżego powietrza. Autorowi życzę, aby tę szansę wykorzystał i już teraz czekam na kontynuację losów Marka Benera - mniej superbohatera, więcej faceta z krwi i kości. I parafrazując tytuł powieści napiszę, że w odniesieniu do twórczości autora najlepsze dopiero nadejdzie. I to pewnie bardzo szybko.

Nowalijki oceniają 5-/6




Dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona
za udostępnienie powieści do recenzji.




wtorek, października 11, 2016

"Zabij mnie znów" Rachel Abbott

"Zabij mnie znów" Rachel Abbott
www.wydawnictwofilia.pl
Informacje o książce

autorka Rachel Abbott
tytuł Zabij mnie znów
tytuł oryginału Kill Me Again
przekład Joanna Dziubińska

wydawnictwo Filia/Filia Mroczna Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2016
liczba stron 512

egzemplarz recenzencki
recenzja dla portalu www.lubimyczytac.pl






Rachel Abbott najpierw szturmem zdobyła pierwsze miejsca list bestsellerów brytyjskiego Amazona i tym samym serca czytelników na Wyspach. Zaraz potem przyszedł czas na kolejne kraje, w tym i Polskę. Dzięki wydawnictwu Filia i serii Filia Mroczna Strona czytelnicy poznali najpierw Obce dziecko, następnie jego ebookową kontynuację Dziecko znikąd, a teraz przyszedł czas na Zabij mnie znów. Nadinspektor Tom Douglas i inspektor Becky Robinson powracają, aby rozwikłać kolejną zagadkę kryminalną w zaśnieżonym Manchesterze. 

Po wydarzeniach opisanych w Obcym dziecku i Dziecku znikąd zostały już tylko wspomnienia. Policja w Manchesterze zmaga się z kolejnymi śledztwami, bo przestępcy nie dają o sobie zapomnieć. Do miasta sprowadza się Maggie Taylor, utalentowana prawniczka. Kobieta ma szczęśliwe i uporządkowane życie rodzinne. Kochający mąż, dwójka udanych dzieci. W perspektywie możliwość awansu i lepsze zarobki. Jej życie diametralnie zmienia się, gdy pewnego dnia jej mąż znika w tajemniczych okolicznościach. W tym samym czasie ktoś zabija w mieście kobiety podobne do Maggie. Przypadek, czy z góry zaplanowana zbrodnia? Czy pani adwokaytma się czego obawiać? W toku śledztwa prowadzonego przez nadinspektora Douglasa wychodzi na jaw, że podobny morderstw dokonywał ktoś dwanaście lat temu. Tom nie wie jeszcze, że ta sprawa kryminalna dotknie go osobiście.

W kolejnej powieści Rachel Abbott zwolniła trochę tempo akcji na rzecz pogłębienia portretów psychologicznych postaci i pokazania kolejnych etapów śledztwa. Nie jest oczywiście tak, że w Zabij mnie znów nic się nie dzieje. Owszem wydarzeń jest sporo, a ostatnie sto stron nie pozwala oderwać się od książki. Autorka przesunęła jednak ciężar fabuły na Toma i Becky, a dzięki temu, że śledztwo zostało powiązane z przeszłością nadinspektora, odsłoniło nieznane fakty z jego życia osobistego. Tym samym, wraz z kolejną powieścią, czytelnicy poznają kolejne losy Douglasa, a przy okazji również jego partnerki w policji Becky Robinson.

Autorka Zabij mnie znów znalazła receptę na wciągającą powieść z pogranicza gatunków, łącząc w jedną całość rasowy kryminał z thrillerem psychologicznym. Intryga w książce jest zawiła, powiązania między bohaterami, ofiarami i wydarzeniami poznajemy stopniowo, nie mając żadnej gwarancji, że postaci do których się przyzwyczailiśmy, dożyją finału. Przez moment można mieć wrażenie, że rozszyfrowało się zagadkę Kto zabił, ale warto przeczytać powieść do końca, bo rozwiązanie kryminalnej intrygi nie jest znów takie proste. Oczywiście można mieć pewne zastrzeżenia co do lekkiej niefrasobliwości Maggie Taylor względem męża, albo że pewnie rozwiązania fabularne wyskakują niczym królik z kapelusza. Z drugiej jednak strony Zabij mnie znów to powieść gatunkowa, której nadrzędnym celem jest dostarczenie czytelnikowi rozrywki. A ta jest na bardzo dobrym poziomie. 


foto Tomasz Radochoński/www.instagram.com/nowalijki

W mojej ocenie Zabij mnie znów jest nawet lepsze od Obcego dziecka, powieści, która bardzo przypadła mi do gustu. Podoba mi się, że autorka skupia się nie tylko na kryminalnej intrydze, ale próbuje również mocniej narysować kontury swoich postaci, oczywiście na tyle, na ile pozwala jej konwencja powieści kryminalnej. Najnowsza książka Rachel Abbott to jedna z tych pozycji, na którą warto zarezerwować sobie bardzo długie popołudnie, bo trudno oderwać się od jej lektury. A na kolejną powieść trzeba poczekać do stycznia 2017 roku. Słodkich snów jest już w zapowiedziach Wydawnictwa Filia. 

Nowalijki oceniają 5/6



Dziękuję Wydawnictwu Filia/Filia Mroczna Strona za udostępnienie egzemplarza do recenzji przedpremierowej.


czwartek, października 06, 2016

"Dziecko znikąd" Rachel Abbott

"Dziecko znikąd" Rachel Abbott
www.wydawnictwofilia.pl
Informacje o książce

autorka Rachel Abbott
tytuł Dziecko znikąd
tytuł oryginału Nowhere Child
przekład Anna Rogulska

wydawnictwo Filia/Filia Mroczna Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2016
liczba stron (tylko wydanie cyfrowe) 160

egzemplarz ebook Legimi bez 
limitu







Rachel Abbott to jedno z moich blogerskich odkryć. Brytyjska autorka powieści kryminalnych zaistniała w Polsce dzięki Wydawnictwu Filia/Filia Mroczna Strona, które opublikowało jedną z jej najpopularniejszych powieści Obce dziecko (recenzja tutaj). Fenomen książek Abbott najpierw docenili Brytyjczycy, dzięki którym kolejne tytuły okupowały szczyty list bestsellerów Amazona, teraz przyszła kolej na Polskę. Obce dziecko to świetnie skonstruowany kryminał z elementami thrillera, gatunek który ma wielu fanów. Ponieważ jednak zakończenie powieści nie przypadło do gustu czytelnikom, Abbott postanowiła wyjść im na przeciw, dopisała nowe, w którym ostatecznie rozwiązała wszystkie wątki. Tak oto powstało Dziecko znikąd mini powieść, albo dłuższa nowela, która po polsku ukazała się tylko w wersji cyfrowej. 

Czasy mamy takie, że media elektroniczne nie tylko zrobiły zawrotną karierę, ale na dobre zadomowiły się pod strzechą. Abbott zaczęła karierę od self publishingu i dlatego uważam, że ruch wydawnictwa polegający na publikacji Dziecka znikąd tylko w wersji cyfrowej to strzał w dziesiątkę. I ukłon w stronę literackich początków Abbott. 

Wracając do noweli. Od dramatycznych wydarzeń opisanych w Obcym dziecku mija osiem miesięcy. Tasha ukrywa się w mrocznych podziemiach Manchesteru, nie zdając sobie sprawy, że jej ucieczka tylko pogorszyła sytuację. Dziewczynka ma szansę pogrążyć swoich oprawców, ale jednocześnie staje się celem ataków poszukujących jej przestępców. Emma, która otrząsnęła się już z szoku, postanawia ją odnaleźć. Do pomocy angażuje głównego inspektora Toma Douglasa, z którym łączy ją pewien sekret. Czy bohaterom uda się dotrwać do szczęśliwego zakończenia? 

Dziecko znikąd to dość prosta historia. Jej celem jest  przedstawienie satysfakcjonującego dla czytelników zakończenia  historii Tashy, Emmy i Olliego. W noweli nie ma pędzącej na złamanie karku akcji, ale jednak sporo się dzieje. Autorka prowadzi narrację zarówno w pierwszej osobie - oddając głos Tashy, jak i trzecioosobową, przedstawiającą wydarzenia związane z Emmą i Tomem. Taka forma narracji sprawia, że wyeksponowana jest postać dziewczynki przy okazji autorka uwypukla aspekt psychologiczny tej postaci. Znów porusza drażliwe problemy społeczne, ale z racji niewielkich rozmiarów tekstu, nie są one pogłębione.

www.wydawnictwofilia.pl

Wbrew temu, co we wstępie pisze sama Abbott, szkoda czytać Dziecko znikąd, bez znajomości Obcego dziecka. Szkoda, bo czytelnika ominie wciskająca w fotel, sprawnie opowiedziana historia, w której nic nie jest takie, jakie się wydaje. Nowela Abbott to lektura na chwilę, ale i dobra rozrywka. 

Powieści Brytyjki od niedawna znalazły sobie miejsce na mojej kryminalnej półce i wygląda na to, że pozostaną na niej na dłużej. A już niedługo premiera kolejnej pełnowymiarowej powieści Rachel Abbott Zabij mnie znów. Już się cieszę, bo Tom Douglas powraca do akcji. 

Nowalijki oceniają 5/6


wtorek, października 04, 2016

"Ślady" Jakub Małecki

"Ślady" Jakub Małecki
www.wsqn.pl
Informacje o książce

autor Jakub Małecki
tytuł Ślady

wydawnictwo Sine Qua Non
miejsce i rok wydania Kraków 2016
liczba stron 300

egzemplarz recenzencki










Ślady. Odbicie bosej stopy na gorącym piasku, blizna z dzieciństwa, pożółkła fotografia, zapach przywołujący wspomnienia sprzed lat. Nie ma znaczenia, rzeczywiste czy wykreowane w wyobraźni, ślady przeszłości tkwią w każdym z nas w postaci genów, wspomnień i doświadczeń. Ślady to także tytuł najnowszej powieści Jakuba Małeckiego, którego Dygot (recenzja tutaj) miałem ogromną przyjemność przeczytać w ubiegłym roku. Zachwyciła mnie ta nieoczywista saga rodzinna z domieszką realizmu magicznego. Na nową książkę Małeckiego czekałem z niecierpliwością licząc, że dorówna ona poprzedniej powieści. Dorównała. 

Autor zdążył już przyzwyczaić swoich czytelników do tego, że jego proza, mimo że dotyczy codzienności, nie daje się jednoznacznie skatalogować. Jakub Małecki z wprawą i dużym wyczuciem żongluje stylami literackim, dopasowując je do własnych potrzeb i oczekiwań wobec jego bohaterów. W Śladach mamy do czynienia z krótkimi tekstami, przypominającymi opowiadania, czy znanymi  z dziewiętnastowiecznej prozy obrazkami literackimi. Nie są Ślady jednak tylko zbiorem opowiadań, to specyficznie rozumiana powieść, składająca się z epizodów połączonych klamrą dwóch tekstów pod tytułem Mój. Pisarz mnoży byty bohaterów, miesza je, zapętla i tworzy patchworkową przypowieść o życiu a właściwie o jego największej tajemnicy - śmierci. Te same zdarzenia pokazuje z różnej perspektywy i odmiennych punktów widzenia. Optyka zmienia się w zależności od tego, która z postaci otrzymuje na chwilę możliwość bycia tą najważniejszą w książce.

Ślady zaczynają się od śmierci na wojnie Tadeusza Markiewicza, któremu pocisk roztrzaskał głowę. Młody żołnierz nie ginie jednak całkiem, jego cząstka zostaje w krewnych, sąsiadach, znajomych, ich dzieciach i wnukach. Tadeusz umarł, ale paradoksalnie żyje tak długo, jak żyją ludzie, którzy go znali lub związani byli z jego rodzinną ziemią. W kolejnych miniaturach literackich, tropimy owe tytułowe ślady, wędrując po Polsce od czasów II wojny światowej po współczesność. Otrzymujemy w ten sposób obraz człowieka przełomu wieków, człowieka jeśli nie nieszczęśliwego, to z pewnością samotnego w oczekiwaniu na osobisty mały koniec świata, bez większych perspektyw i oczekiwań. Nie jest to jednak obraz z gruntu pesymistyczny, raczej nacechowany specyficzną melancholią jesiennych wieczorów. Bohaterowie Śladów rozstają się z życiem w różnych okolicznościach, nie ma to jednak większego znaczenia, bo śmierć dla każdego z nich oznacza to samo.

foto Tomasz Radochoński/www.instagram.com/nowalijki

Przyznam, że początkowo próbowałem doszukiwać się w Śladach jakichś analogii do Dygotu. Najbliżej do tej powieści jest we fragmentach dotyczących Chwaściora, ale po lekturze całości dochodzę do wniosku, że Ślady to jednak inny klimat, odmienny sposób relacjonowania rzeczywistości. Autor postawił sobie wysoko poprzeczkę i nową powieścią udowodnił, że ma wiele do powiedzenia w polskiej literaturze współczesnej. Nie jest łatwo napisać czegoś odkrywczego na temat szarej codzienności,  można nawet odnieść wrażenie, że w prozie na ten temat wszystko już było. I Jakub Małecki nie wyważa otwartych drzwi, pochyla się raczej nad biegiem życia i spogląda na rzeczywistość po swojemu. Niby w utworze dominuje obiektywna narracja trzecioosobowa, ale podskórnie da się wyczuć wielkie emocje kolejnych bohaterów. Dwa razy autor oddaje głos jednej postaci z książki i to wystarczy, aby zmienić kąt patrzenia ma losy ludzi związanych z Tadeuszem. 

Podoba mi się, że Jakub Małecki w Śladach nie moralizuje, nie popada w egzaltację, nawet nie podpowiada interpretacji wydarzeń - tę ostatnią czynność pozostawia czytelnikowi. To on ostatecznie zdecyduje, czy taka wizja nieuniknionej części życia zwyczajnie mu odpowiada. 

Jedna z ciekawszych, zdecydowanie wartych uwagi pozycji wydawniczych tej jesieni. Według mnie lektura obowiązkowa. 

Nowalijki oceniają 6/6




Dziękuję Wydawnictwu SQN
za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



niedziela, października 02, 2016

"Lampiony" Katarzyna Bonda

"Lampiony" Katarzyna Bonda
www.muza.com.pl
Informacje o książce

autorka Katarzyna Bonda
tytuł Lampiony

wydawnictwo Muza SA
miejsce i rok wydania Warszawa 2016
liczba stron 640

egzemplarz recenzencki
premiera 28 września 2016









Nie jest łatwo napisać recenzję powieści kryminalnej tak, aby nie zdradzając niczego ważnego z fabuły, podzielić się wrażeniami i ocenić książkę. Na szczęście Katarzyna Bonda trochę ułatwia to zadanie. Jej powieści pełne są różnych bohaterów, zaś wątki mnożą się aż do samego zakończenia. Podobnie jest w przypadku Lampionów, oczekiwanej również przeze mnie trzeciej odsłony tetralogii kryminalnej o profilerce Saszy Załuskiej. Czego można spodziewać się po części, której patronuje ogień - o tym już teraz.

Sasza Załuska ma kłopoty. Kto przeczytał Okularnika ten wie, że nieudana akcja w Hajnówce postawiła pod znakiem zapytania dalszą karierę genialnej profilerki. Prywatnie też nie jest za dobrze - status to skomplikowane wciąż jest aktualny a po finale Lampionów - nawet bardziejNie wchodząc w szczegóły fabuły, Sasza niespodziewanie dostaje kolejną szansę. Co z tego, skoro zostaje wysłana do Łodzi, w której grasuje podpalacz a sprawa wydaje się beznadziejna. Miastu grożą także ataki terrorystyczne przywodzące na myśl działalność bojowników ISIS. Czy są to przypadkowe działania, czy też zaplanowana z premedytacją próba zawładnięcia miastem? To tylko jedno z wielu pytań, na które musi odpowiedzieć Załuska wraz z grupą policjantów z Łodzi. Jak to w rasowym kryminale, odpowiedź będzie co najmniej zaskakująca a bohaterów spotka wiele niespodzianek i niekoniecznie okażą się one dla nich miłe. Sasza wpada zatem  z deszczu pod rynnę, co będzie odczuwać nieomal na każdym kroku.

Lampionami Katarzyna Bonda udowadnia, że powieść kryminalna wcale nie musi podążać utartym szlakiem, wytyczonym przez innych autorów. Jest bowiem w trzeciej część przygód Saszy Załuskiej coś, co wyróżnia tę powieść na tle innych kryminalnych premier jesieni. Tym wyróżnikiem jest jeszcze jeden bohater powieści, czyli Łódź. Miasto, które nie ma specjalnie dobrej prasy, w Lampionach jest miejscem przeklętym, w którym jak w soczewce skupiają się wszystkie polskie wady, kompleksy i zaszłości. Łódź to miasto nękane pożarami, arena bezwzględnej walki czyścicieli kamienic, w bramach których wystają okoliczni pijaczkowie, prawnicy robią interesy na boku a naiwni emeryci tracą oszczędności życia. Katarzyna Bonda nadaje Łodzi cechy Gotham City, kolejnego miasta bezprawia i samowolki, gdzie mieszkańcy walczą codziennie o byt a często i o życie. To miasto na skraju apokalipsy, nękane pożarami i wybuchami, miasto żyjące zarówno na powierzchni, jak i (dosłownie) pod ziemią. Łódź pełna jest kontrastów, czasem oczywistych, częściej jednak zaskakujących. Autorka kreśli obraz miasta grubą kreską, balansując na granicy groteski po to tylko, aby uwypuklić bolączki jego mieszkańców. Trudno nie dostrzec jednak dużej dawki humoru i sympatii, jaką darzy to miasto, pokazując jego codzienność poprzez całą galerię bohaterów. Łódź w Lampionach ma wiele twarzy i odczuwa całą gamę emocji. Dawno żadne polskie miasto nie zostało przedstawione w powieści tak, jak Łódź w kolejnej części Czterech żywiołów Saszy Załuskiej.

Nowa powieść o Załuskiej ma rozpoznawalne cechy stylu Katarzyny Bondy. Historia ma wielowątkową fabułę, bohaterów jest jak zawsze tak wielu, że początkowo trudno połapać się w ich wzajemnych relacjach. Autorka oddaje głos swoim postaciom, co daje odczucie literackiego hałasu, ale w tym polifonicznym szaleństwie jest metoda. Wiem, że nie każdemu tak prowadzona narracja przypadnie do gustu, ale ja tę metodę kupuję w ciemno. W Lampiony trzeba się wgryźć, złapać kontakt z bohaterami i potem już leci. Wraz z Saszą próbujemy rozwikłać tajemnicę pożarów i rozwiązać zagadkę wybuchów. Sasza przy okazji pobytu w Łodzi zostaje zmuszona do stawienia czoła mrocznym koszmarom z przeszłości. Poznajemy także więcej faktów na temat jej życia. Paradoksalnie jednak profilerki w powieści trochę mniej, niż można by tego oczekiwać - autorka ciężar fabuły przeniosła na wydarzenia rozgrywające się w mieście i to one dominują w Lampionach. 

foto Tomasz Radochoński/www.instagram.com/nowaljki


Wspomniałem na wstępie że Lampiony są powieścią kryminalną, która pokazuje, że na znany gatunek literacki można spojrzeć z innego (nowego) punktu widzenia. Katarzyna Bonda zrobiła to po swojemu, oddając sporą część fabuły miastu, które od czasów Ziemi obiecanej nie ma specjalnej renomy nawet w literaturze. Mimo że obraz Łodzi przedstawiony jest u Katarzyny Bondy z przymrużeniem oka, to jednak jest to miasto z krwi i kości, prawdziwe do bólu w swej brzydocie i jednocześnie tak bardzo intrygujące. Przyznam, że autorka zaskoczyła mnie Lampionami, a dokładniej kreacją rzeczywistości, wymagającą od czytelnika pewnej dozy dystansu i poczucia humoru. Początkowo trudno było  mi złapać kontakt z powieścią, ale odczucie chaosu szybko ustąpiło miejsca zaciekawieniu i obszerne sześćset czterdzieści stron jakoś samo się przeczytało. Dopiero po ostatnim zdaniu Lampionów można się ocenić, jak sprawnie Katarzyna Bonda poprowadziła fabułę swojej powieści. O finale nie wspomnę, bo wiadomo że jest taki, jaki być powinien. Wzmaga apetyt na ostani tom, który ma pojawić się wkrótce i wtedy wszystkie żywioły Saszy Załuskiej ujrzą światło dzienne. 

Nowalijki oceniają 5/6




za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Copyright © 2016 Nowalijki , Blogger