czwartek, 29 grudnia 2016

"Dom czwarty" Katarzyna Puzyńska

www.proszynski.pl
Informacje o książce

autorka Katarzyna Puzyńska
tytuł Dom czwarty

wydawnictwo Prószyński i S-ka
miejsce i rok wydania Warszawa 2016
liczba stron 576

egzemplarz zakup własny










Katarzyna Puzyńska po raz siódmy zaprasza czytelników do śledzenia skomplikowanych losów policjantów z Lipowa i Brodnicy. Dom czwarty to kolejna odsłona jednej z moich ulubionych serii kryminalnych, wydawanych w Polsce. Jak w każdym cyklu, są powieści lepsze i trochę słabsze, ale w przypadku serii o Lipowie/Brodnicy, przynajmniej trzy ostatnie części trzymają bardzo równy poziom. Patrząc jednak na zmiany zachodzące w bohaterach zastanawiam się, jak to się wszystko potoczy ...

Tak jak się niestety spodziewałem, wydarzenia kończące Łaskuna, okazały się bardziej niż dramatyczne. To, co stało się udziałem  aspiranta Daniela Podgórskiego i sierżant sztabowej Emilii Strzałkowskiej, musiało odbić się na bohaterach... Tymczasem była już komisarz Klementyna Kopp zostaje niespodziewanie wezwana do pobliskich Złocin, aby rozwikłać tajemnicę morderstwa sprzed dwóch lat. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że policjantkę wezwała własna matka, z którą Klementyna nie miała kontaktu przez cztery dekady. Kopp wyjeżdża w rodzinne strony, ale po drodze znika w tajemniczych okolicznościach. Policjanci z Brodnicy wyruszają na poszukiwania i już wkrótce odkryją, że za jej zniknięciem kryje się więcej niż jedno morderstwo. Ślady prowadzą do wydarzeń, które miały miejsce wiele lat temu. Aspirant Daniel Podgórski, który dowodzi poszukiwaniami i w ich następstwie śledztwem, napotyka na mur milczenia i serię niekończących się kłamstw. Skrywana od lat prawda doprowadzi do dramatycznych w skutkach wydarzeń. 

Wydarzenia w Domu czwartym dzieją się w kilka miesięcy po śledztwie w sprawie Łaskuna. W wyniku splotu nieszczęśliwych wypadków, życie Emilii, Daniela i w pewnym sensie również Weroniki zmienia się na zawsze. Każde z nich walczy z traumą, ale najbardziej poturbowany psychicznie wydaje się Daniel. Próbuje oderagować zapamiętale ćwicząc na siłowni, paląc hurtowe ilości papierosów i klnąc jak szewc. Kiedy czyta się kolejne sceny z jego udziałem, oczy otwierają się ze zdziwienia. Owszem, już wcześniej można było dostrzec pewne zmiany w jego zachowaniu, ale w Domu czwartym przeszedł samego siebie. W skrócie - misiowaty aspirant to już przeszłość. Niedawne rywalki - Weronika i Emilia są zmuszone zewrzeć szyki, bo Daniel zmienił się tak, że jego zachowanie może wpłynąć negatywnie na przebieg prowadzonego śledztwa. A kto wie, czy jego stawką nie jest życie lub zdrowie Klementyny?

W Domu czwartym czytelnik znajdzie wszystkie elementy, za które ceni twórczość Katarzyny Puzyńskiej. Jest punkt wyjścia w postaci popełnionego dwa lata wcześniej morderstwa, jest atmosfera tajemnicy i niechęci wobec policjantów, którzy próbują rozwikłać zagadkę. Mieszkańcy Złocin, z pozoru sympatyczni i jowialni, w rzeczywistości twardo stąpają po ziemi, zaciekle broniąc dostępu do niewygodnej dla nich prawdy. A ta wiąże się po części z obecnością wojsk niemieckich, które rozstrzelały grupę mieszkańców jesienią 1939 roku. Autorka tworzy gęstą siatkę relacji (również rodzinnych) między bohaterami, dzięki czemu intryga w powieści jest skomplikowana i wielopłaszczyznowa. Jak zwykle, niektóre wątki okażą się bardziej istotne, inne mniej a jeszcze inne to tylko zasłona dymna. Wszystko wskazuje na to, że Daniel a może i Emilia oraz Weronika przekonają się, że najciemniej (i najniebezpieczniej) bywa pod jasno świecącą latarnią. 

Dom czwarty Katarzyny Puzyńskiej to kolejna historia sprawnie łącząca elementy powieści obyczajowej z wątkami kryminalnymi i psychologicznymi. To właśnie zachowania bohaterów, ich kompleksy, niepokoje i niskie pobudki prowadzą do zbrodni. Strach natomiast pozbywa ich poczucia moralnej odpowiedzialności za, podjęte pod wpływem emocji, decyzje. 

W nowej odsłonie cyklu czytelnicy poznali nie tylko kolejny etap przemiany Daniela, ale także więcej informacji na temat Klementyny Kopp. Nie spodziewałem się, że tyle w życiu przeszła, choć o pewnych epizodach z przeszłości wspominała Podgórskiemu przy jednym ze wspólnie prowadzonych dochodzeń. Podejrzewałem jednak, że za jej obecną postawą kryje się coś więcej, niż tylko wynikająca z trudnego charakteru niechęć do świata.
www.proszynski.pl

Podczas lektury Domu czwartego nieustanie towarzyszyła mi pewna myśl. Jak potoczą się dalsze losy bohaterów i tym samym w jakim kierunku zmierza seria o policjantach z Lipowa. Autorka konsekwentnie w kolejnych tomach zaczęła odchodzić od idyllicznego klimatu powieści, pamiętanego chociażby z Motylka. Im dalej w serię, tym mroczniej - zarówno w kwestii opowiadanych historii, jak i samych bohaterów. Przez kolejne części tracili oni swój sympatyczny urok na rzecz wyeksponowania mniej pozytywnych cech charakteru. Najwyraźniej widać to na przykładzie Daniela, ale i inne postaci nie są już takie jednowymiarowe. Z jednej strony to dobrze, że autorka nie stoi w miejscu, tylko szuka dla swojej kryminalnej serii nowych wyzwań i kierunków. Z drugiej, mimo że wątki kryminalne w ostatnich tomach bardzo przypadły mi do gustu, trochę brakuje mi tej sielankowej atmosfery. Wydaje mi się, że o Lipowie z pierwszych tomów serii chyba na dobre można zapomnieć. Za dużo wydarzyło się w życiu głównych bohaterów, aby przywrócić stan z początków historii. Nie ukrywam, że trochę mnie to martwi, bo zastanawiam się, czy to aby nie zwiastun zmian, z którymi trudno będzie mi się pogodzić. Bo zakładam (choć lepiej może napisać - mam cichą nadzieję), że do Lipowa/Brodnicy jeszcze wielokrotnie powrócę. Wydaje mi się bowiem, że zarówno bohaterowie, jak i sama koncepcja cyklu mają wciąż duży potencjał. I z ogromnym zaciekawieniem czekam na kolejny tom, zważywszy na jedno zdanie z zakończenia, które wzbudziło mój niepokój. 

I kto by uwierzył, że nawet dziś fikcja literacka może mieć aż tak dużą siłę oddziaływania na czytelnika? 

Nowalijki oceniają 5/6

poniedziałek, 26 grudnia 2016

"Świt, który nie nadejdzie" Remigiusz Mróz

www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autor Remigiusz Mróz
tytuł Świt, który nie nadejdzie

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2016
liczba stron 528 

egzemplarz recenzencki









Wyjątkowo długo zabierałem się za lekturę nowej powieści Remigiusza Mroza. Byłem świeżo po przeczytaniu Behawiorysty (tutaj), który przypadł mi do gustu, ale generalnie potrzebowałem też odpocząć od kryminałów. Tymczasem Świt, który nie nadejdzie to kolejna w dorobku pisarza powieść kryminalno - sensacyjna retro. Mając jednak na uwadze mieszane uczucia po lekturze W cieniu prawa (tutaj) obawiałem się, że być może Mróz w kostiumie historycznym to jednak nie moja bajka. Ciekawość wzięła jednak górę i efekcie Świt, który nie nadejdzie przeczytałem w kilka godzin. I nie żałuję, bo historia Wilmańskiego spodobała mi się. 

Nowa powieść Remigiusza Mroza toczy się w przedwojennej Warszawie. Lata dwudzieste to nie był dobry czas, zarówno dla dźwigającej się po latach zaborów stolicy państwa, jak i dla samej Polski. Lata zaniedbań ze strony zaborców musiały wywrzeć bolesne piętno na tkance miasta. Rozwarstwienie społeczne, walczące o wpływy w mieście gangi (wzorowane na włoskiej mafii) i ich współpraca z politykami to codzienność Warszawy, która za wszelką cenę chciała odzyskać dawną świetność. I do takiego miasta przybywa były bokser Ernest Wilmański, który z dala od rodzinnej Wileńszczyzny postanawia rozpocząć nowe życie. Mężczyzna na za sobą bogatą przeszłość i wrogów, którzy jeszcze utrudnią mu życie. Tymczasem zaraz po przyjeździe do miasta naraża się jednej z grup gangsterskich, działających w Warszawie. Bohater nie ma innego wyjścia, jak wyprzedzić atak z ich strony i uderzyć jako pierwszy. Inaczej, niż sobie zaplanował, wsiąka w szeregi organizacji przestępczej i tym samym staje się jeszcze jednym gangsterem, któremu przyjdzie walczyć o wpływy w mieście. 

Młoda Eliza Zarzeczna dostaje się pierwszego w wolnej Polsce żeńskiego oddziału Policji Państwowej. Wraz z partnerką Salomeą Kier będą patrolować niebezpieczne obszary Warszawy, skupiając się na rozpracowaniu jednej z grup przestępczych działających w mieście. Drogi Elizy, Salomei i Ernesta przetną się w najmniej oczekiwanym przez nich momencie. Rozpocznie się między nimi niebezpieczna gra, a stawką w niej będzie zarówno honor, jak i życie.

Remigiusz Mróz zabiera tym razem czytelnika w podróż do Warszawy lat dwudziestych. Stolica Polski, która raptem kilka lat wcześniej odzyskała niepodległość, to miasto pełne kontrastów. Z jednej strony eleganckie dzielnice i drogie lokale, z drugiej ciemne zaułki, bieda i wszechobecne sutenerstwo. I ludzie, którzy codziennie ryzykują życie, działając na granicy prawa. Są w stanie dopuścić się każdego przestępstwa, jeśli uznają, że pomoże ono w osiągnięciu oczekiwanego celu. Na takim gruncie działają warszawskie gangi, które korzystają z  doświadczeń amerykańskich i włoskich. Autor barwnie opisuje atmosferę i klimat stołecznych zakazanych rewirów. Stąd w powieści podejrzane lokale spowite papierosowym dymem, jazz i alkohol lejący się strumieniami. Przedwojenni gangsterzy może i bezpardonowo rozprawiają się z przeciwnikami, trup pada gęsto a krew leje się strumieniami, ale mają też zasady i kodeks honorowy. Ale idzie nowe a wraz z nim eskalacja przemocy i brutalna walka o wpływy. Dla Ernesta Wilmańskiego to szansa na zaistnienie w hermetycznym świecie przestępców i wkupienie się w łaski lokalnych mafiosów. Pytanie, czy były bokser będzie chciał funkcjonować w takiej rzeczywistości i czy nieoczywiste relacje z Elizą ułatwią mu, czy utrudnią podjęcie właściwej decyzji.

Świt, który nie nadejdzie jest przykładem powieści sensacyjnej, w której nie tempo akcji jest najważniejsze, ale przemyślana fabuła i sprawnie poprowadzone wątki. Żeby niczego nie zdradzić, napiszę tylko, że żaden z bohaterów nie może być pewien swojego losu; sprzymierzeniec sprzed kilku dni może okazać się za chwilę największym wrogiem a rozejmy są po to, aby je zrywać. Gangsterzy nie przebierają w środkach i Wilmański niejednokrotnie się o tym przekona.

www.czwartastrona.pl

Remigiusz Mróz w nowej powieści sięga po sprawdzone w  swoich powieściach chwyty fabularne. Sprawia to jednak, że czytelnika Świtu, który nie nadejdzie trudno będzie specjalnie zaskoczyć. Akcja toczy się niespiesznie, pozwalając pisarzowi skupić się na narracji, która dominuje nad dialogami. Dzięki temu autor może wpleść w tok opowieści ciekawostki i dykteryjki związane z życiem (również przestępczym) w Warszawie w latach dwudziestych. Mnie pisarz ujął na przykład sceną w Małej Ziemiańskiej - kultowej kawiarni wszystkich miłośników literatury, nawiązaniem do Tuwima i Witkacego. Skupienie się na skomplikowanej intrydze usypia czujność czytelnika, aby raz na jakiś czas zdzielić go po głowie nieoczekiwanym zwrotem akcji. I jak to u Mroza bywa, wydarzenia balansują na granicy prawdopodobieństwa a bohaterowie mają więcej szczęścia niż rozumu i wyjątkowo twarde głowy. Wciąż trochę mnie to drażni, ale z drugiej strony rozumiem, że takie są prawa gatunkowe powieści z pogranicza sensacji i kryminału. Spodobało mi się zakończenie powieści, dynamiczne, dobrze napisane i pozostawiające (jak zawsze) pewien niedosyt. Taki finał zdecydowanie pasuje mi do całej powieści.

Mimo początkowych obaw, Świt, który nie nadchodzi przeczytałem za jednym dłuższym posiedzeniem. Tematyka gangsterska, która niezbyt mnie interesuje, okazała się dobrą odskocznią od wcześniej czytanych tekstów. Autor ujął mnie nienachalnie podaną wiedzą o latach dwudziestych, kolejnym ciekawym bohaterem i sprawnie poprowadzoną fabułą. I choć momentami miałem wrażenie, że trafiam w tekście na słabsze momenty, to w ogólnym rozrachunku mogę napisać, że jest dobrze. A momentami nawet bardzo dobrze. 

Nowalijki oceniają 4+/6



Dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona
za udostępnienie powieści do recenzji. 





wtorek, 20 grudnia 2016

"Gdy mrok zapada" Jørn Lier Horst [PRZEDPREMIEROWO]


www.smakslowa.pl
Informacje o książce

autor Jørn Lier Horst
tytuł Gdy mrok zapada
tytuł oryginału När det mørkner
przekład Karolina Drozdowska

wydawnictwo Smak Słowa
miejsce i rok wydania Sopot 2016
liczba stron 200

egzemplarz zakup własny
premiera 4 stycznia 2017







Polski czytelnik powieści Jørna Liera Horsta ma prawo czuć się zdezorientowany. Tak się bowiem złożyło, że seria z komisarzem Williamem Wistingiem wydawana jest u nas niechronologicznie. Z jednej strony nie ma to aż tak dużego znaczenia, gdyż każda nowa sprawa kryminalna to zamknięta całość fabularna. Z drugiej zaś może irytować, bo utrudnia śledzenie wątków obyczajowych, skoncentrowanych wokół Wistinga i jego najbliższych. Nie da  się bowiem ukryć, że warstwa obyczajowa jest w serii powieści tak samo istotna, jak kolejne dochodzenia. Za te elementy fabuły bardzo sobie cenię książki Horsta i jestem w stanie przymknąć oko na przeskoki w biografiach poszczególnych postaci. Najnowsza powieść Horsta - Gdy mrok zapada, pojawia się w Polsce raptem kilka tygodni po norweskiej premierze i tym samy zapowiada rychłe uzupełnienie serii o Wistingu o tomy do tej pory w Polsce niewydane. Jest więc szansa, że w 2017 poznamy wszystkie części serii. 

Gdy mrok zapada to powieść nietypowa z kilku powodów. Po pierwsze jest niezbyt obszerna. Przedstawia wydarzenia z udziałem młodego Wistinga, który dopiero zaczyna pracę w policji. To literacki prequel, początek historii późniejszego komisarza i jego rodziny. Opisane wydarzenia rozgrywają się trzydzieści trzy lata temu. Po drugie, mimo zbliżających się w powieści świąt i padającego śniegu oraz sugestywnej okładki, nie jest kolejna historia z dzwoneczkami w tle. Ba, nie jest to nawet powieść o świętach, choć raz, czy dwa się je wspomina. Po trzecie, śledztwo dotyczące odległych wydarzeń stanowi punkt wyjścia do sportretowania młodego Wistinga, który różni się od tego, którego znamy z kolejnych części kryminalnej serii.

Jest zima 1983 roku. William Wisting dostaje pracę w policji w Stavern. Jest najmłodszy i najmniej doświadczony - co koledzy często mu wypominają. Pół roku wcześniej został ojcem bliźniąt i wraz z żoną próbuje odnaleźć się w nowej sytuacji. Zbliża się Boże Narodzenie, ale to nie znaczy, że policjanci mają więcej spokoju. Wręcz przeciwnie. Wprawdzie Wisting uczestniczy w kolejnych akcjach, ale ostatecznie jego rola w śledztwach jest marginalizowana. Kiedy więc nadarza się okazja do własnego dochodzenia, młody policjant długo się nie zastanawia. Przyjaciel rodziny prosi go o odszukanie właściciela przedwojennego auta, które od wielu lat stoi w stodole na uboczu. Podczas oględzin samochodu, Wisting dostrzega dziury po kulach i już wie, że jego kierowca nie miał szans na przeżycie. Zaintrygowany, postanawia rozwiązać zagadkę z przeszłości. Szybko okaże się, że zabytkowe auto można połączyć z wydarzeniami z niedalekiej przeszłości. 

Sprawa, którą zajmuje się młody Wisting, wydaje się chwilami grubymi nićmi szyta. Za dużo w niej zbiegów okoliczności, za dużo (nie)spodziewanych zwrotów w prowadzonym śledztwie. Jeśli o tę warstwę Gdy mrok zapada chodzi, to Horst specjalnie się nie popisał. Omawiane wydarzenia mogły się oczywiście wydarzyć, ale są bardzo, ale to bardzo literackie. Odnoszę wrażenie, że autor dał się ponieść magii świąt i trochę ułatwił swojemu bohaterowi prowadzenie tego śledztwa. Kiedy jednak spojrzeć na fabułę pod kątem wspomnianego Wistinga, to wydarzenia nabierają innego sensu. Są bowiem punktem wyjścia do pokazania głównego bohatera, którego dopada niepewność związana z wyborem drogi zawodowej. Jako młody policjant nie ma szans na uczestniczenie w sprawach, które prowadzą starsi koledzy. Obserwuje ich codzienną rutynę, dostrzega zmęczenie zawodem i pozbawione emocjonalnego zaangażowania funkcjonowanie w godzinach pracy. Pisząc kolejny protokół, Wisting zastanawia się, czy i jego spotka w przyszłości taki los. Czy wypełnianie tabelek i kwitków skutecznie zniechęci go do zawodu, mającego dawać satysfakcję i zapewniać godziwe zarobki. Ta niepewność nurtuje młodego policjanta, ale i mobilizuje do pracy. Jak się okaże - skutecznie, skoro w kolejnych tomach William Wisting nadal pracuje w policji, rozwiązuje kolejne zagadki i choć zmęczony życiem, skrupulatnie wywiązuje się ze swoich obowiązków.

foto Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki

Gdy mrok zapada to spotkanie z młodym Williamem Wistingiem, który stoi dopiero na początku swojej drogi - zarówno zawodowej, jak i życiowej. Jak każdy nowicjusz czuje, że musi udowodnić wszystkim dookoła i sobie, że jest odpowiednim człowiekiem na właściwym miejscu. Bohater Horsta ma szczęście - bo los dał mu szansę, aby się wykazać. Śledztwo, prowadzone skrupulatnie i z zachowaniem wszystkich reguł, pokazuje, że Wisting zapowiada się na świetnego śledczego. Czas pokazał, że tak było w rzeczywistości. 

Nie będę powtarzał, za co cenię prozę Horsta. Gdy mrok zapada, choć z nie do końca prawdopodobną sprawą kryminalną, utwierdza mnie w przekonaniu, że to jeden z lepiej piszących norweskich kryminalistów. Fanów twórczości Horsta nie trzeba przekonywać do lektury tej książki. Pozostali czytelnicy tę decyzję muszą podjąć indywidualnie. 

Nowalijki oceniają 4+/6


sobota, 17 grudnia 2016

"Kocha, lubi, szpieguje" Joanna Szarańska

www.czwartastrona.pl
Informacje o książce

autorka Joanna Szarańska
tytuł Kocha, lubi, szpieguje

wydawnictwo Czwarta Strona
miejsce i rok wydania Poznań 2016
liczba stron 323

egzemplarz ebook Legimi bez limitu









Pamiętam, że sporo osób dziwiło się, kiedy na moim blogu pojawiła się recenzja debiutanckiej powieści Joanny Szarańskiej I że ci nie odpuszczę (tutaj). No bo jak to, mężczyzna czytający powieść dla kobiet? A ja sięgnąłem po ten tytuł trochę z przekory, a trochę licząc, że czytelnicza intuicja mnie nie zawiedzie. I nie zawiodła, skoro teraz piszę o drugim tomie serii, czyli  Kocha, lubi, szpieguje. Przy okazji tej lektury, zastanawiam się, dlaczego komedia kryminalna z wątkiem romansowym koniecznie musi być przypisana czytelniczkom. Czyżby dlatego, że autor(k)ami większości z nich są kobiety? Wydaje mi się, choć może się mylę, ale lekka, napisana z pomysłem powieść kryminalna, to na polskim rynku wydawniczym wciąż towar poszukiwany. Na szczęście jest już kilka pisarek i pisarzy, którym nieobcy jest ten gatunek, bardzo popularny na świecie i wypada mieć nadzieję, że ta tendencja  utrzyma się. Nic tak bowiem nie relaksuje, jak sprawnie napisana, pomysłowa historia, która pozwala nieźle się pośmiać i odetchnąć od rzeczywistości. 

Kocha, lubi, szpieguje to drugi tom serii kryminału z dużą dawką humoru. Zwariowane przygody Kaliny, której życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, czytelnicy poznali we wspomnianym już debiucie Joanny Szarańskiej. Dwór w Kamionkach okazał się miejscem, w którym główna bohaterka nie tylko doszła do siebie po trudnych przeżyciach, ale rozwiązała kryminalną intrygę, poznała oryginalną ekipę z Nadzieją i Szparką na czele  oraz ... zakochała się. Wraz z Markiem, teraz prywatnym detektywem, wiedzie spokojne życie, czasem tylko odpierając niespodziewane ataki własnej matki. Niestety, Kalina uwielbia wpadać w tarapaty, zatem sielanka kończy się pewnego popołudnia, kiedy niespodziewanie zostanie zmuszona do opieki nad rezolutną Natalią. Żeby niczego więcej  nie zdradzić, napiszę tylko, że Kalina ponownie wyjedzie do Kamionek, stanie się właścicielką psa Młynka i zostanie oskarżona o morderstwo. I to wszystko w rekordowo krótkim czasie. Kalina, jak widać, w formie.

Drugie spotkanie z twórczością Joanny Szarańskiej jest jak wizyta u starych, dobrych znajomych. Spa w Kamionkach, pod wodzą pani Elizy świetnie sobie radzi, Nadzieja króluje w kuchni, Szparka króluje wszędzie, a Młynek czuje się w dworku, jak ryba w wodzie. Gdyby nie doszło do tajemniczego zgonu jednego z gości, można by napisać - istna idylla. Tyle tylko, że nieboszczyk hm ... pojawia się niespodziewanie i komisarz Broszko znów będzie miał ręce pełne roboty. Marek zniknie i pojawi się, ukrywając pewną tajemnicę, a i tak wszystkie oczy zwrócą się w stronę Kaliny, bo choć wszyscy jesteśmy podejrzani, to niektórzy podejrzani są bardziej. 

Tak jak w pierwszej części można doszukać się pewnych nawiązań do powieści Joanny Chmielewskiej, tak w Kocha, lubi, szanuje autorka (choć nie wiem, czy miała taką intencję) puszcza perskie oko do fanów Agathy Christie. Oczywiście niczego nie zdradzę, ale rozbawił mnie pewien prochowiec w środku upalnego lata. Są w powieści co najmniej dwa rozwiązania fabularne, które nawiązują do książek Królowej Kryminału. 

Joanna Szarańska postawiła sobie wysoko poprzeczkę, debiutując sympatyczną historią, z pędzącą akcją i zabawnymi zbiegami okoliczności. Druga powieść ma wszystkie cechy poprzedniej, ale dostrzegam też pewne mankamenty. Po pierwsze - intryga kryminalna. W Kocha, lubi, szanuje wątek kryminalny okazuje się dość prosty, żeby nie napisać - za prosty. Może nie jest tak, że zabójcę typujemy w połowie, ale jednak rozwiązanie sprawy trochę mnie rozczarowało. I za mało, zdecydowanie za mało w powieści Nadziei i Szparki - bardzo liczę, że w trzeciej części autorka rozbuduje ich wątki, bo obie mają taki komediowy potencjał, że aż się o to prosi. Spodobał mi się za to wątek z Młynkiem, bo Joanna Szarańska poruszyła w nim ważną kwestię społeczną. 

foto Tomasz Radochoński www.nowalijki.blogspot.com

Wieczór (niestety, powieść się pochłania, parskając śmiechem) spędzony w towarzystwie Kaliny i ekipy z Kamiennego Kręgu to przyjemnie spędzony czas. Polecam literacką podróż do Kamionek, jeśli potrzebujecie relaksu z dobrze napisaną, zabawną historią i wyrazistymi bohaterami. Ja, w każdym razie, będę wypatrywał kolejnej części licząc, że jeszcze wiele śmiesznego przed czytelnikami. 

Nowalijki oceniają: 5-/6

wtorek, 13 grudnia 2016

"Noc ognia" Eric - Emmanuel Schmitt

www.znak.com.pl
Informacje o książce

autor Eric - Emmanuel Schmitt
tytuł Noc ognia
tytuł oryginału La nuit de feu
przekład Łukasz Müller

wydawnictwo Znak Literanova
miejsce i rok wydania Kraków 2016
liczba stron 176

egzemplarz recenzencki









Eric - Emmanuel Schmitt to jeden tych autorów, co do twórczości którego nie potrafię się do końca określić. Z jednej strony odpowiada ma styl pisarza i sposób, w jaki kreuje swoje historie. Z drugiej zaś fabuły Schmitta, przypominające przypowieści z obowiązkowym drugim dnem, często brzmią mi fałszywą nutą. Jednak mimo wrażenia, że autor znakomicie się autokreuje, nie mogę nie docenić bardzo dobrego warsztatu pisarskiego i w efekcie z ciekawością wypatruję kolejnej książki francuskiego autora, dramatopisarza i eseisty. Nie inaczej było z Nocą ognia, szczególnie, że jest to fabuła w twórczości Schmitta wyjątkowa. To zapis bardzo osobistego, intymnego wręcz wydarzenia, które miało duży wpływ na dalsze życie pisarza. Noc ognia to prawdziwa historia z biografii autora Oskara i pani Róży

Eric - Emmanuel ma dwadzieścia osiem lat, jest wykładowcą filozofii na Uniwersytecie Sabaudzkim. Niedawno zakończył kilkuletni związek i od pewnego czasu czuje, że mimo młodego wieku, dopadł go kryzys egzystencjalny. I wtedy pojawia się propozycja od przyjaciela, aby napisał scenariusz do filmu poświęconego jednemu z bardziej znanych mistyków XX wieku Charlesowi de Foucauld, dziś błogosławionemu. Ciekawe doświadczenie dla kogoś, kto w życiu kieruje się nakazami prawa i filozoficznymi sentencjami, niż jakąkolwiek religią. Młody Schmitt wraz z przyjacielem dołącza do turystycznej karawany, aby dziesięć dni spędzić na Saharze i przy okazji odwiedzić miejsca związane z de Foucauld. Pech chce, że przez nieuwagę odłącza się od grupy, prowadzonej przez charyzmatycznego Abajghura i spędza samotną noc na Saharze. To wydarzenie na zawsze zmieni późniejszego autora poczytnych powieści. 

Tematem Nocy ognia jest wędrówka człowieka w poszukiwaniu  siebie, podróż w głąb świadomości. Nie jest to specjalnie odkrywczy motyw, funkcjonuje on w literaturze od jej zarania. Schmitt utożsamia się z de Foucauldem, obaj bowiem przeżywają duchowe nawrócenie. Misjonarz w paryskiej katedrze, młody pisarz podczas samotnej nocy na pustyni. Doświadczył on mistycznego kontaktu Absolutem, bo czy z Bogiem - tego sam Schmitt do końca nie wie, jego oświeceniowy system wartości, mimo intensywności doświadczenia, ostatecznie odmawia jednoznacznego określenia. Jedno jest pewne - jeśli Eric -Emmanuel potrzebował znaku, który pozwoliłby mu obrać nowy kierunek w życiu - z pewnością go otrzymał. Warto spojrzeć na to wydarzenie w życiu przyszłego pisarza w szerszym kontekście, przez pryzmat spotkania religii chrześcijańskiej i muzułmańskiej. Abajghur, wywodzący się z Tuaregów, ludu od wieków zamieszkującego tereny Sahary, okazał się nie tylko przewodnikiem przez pustynię, ale i przez meandry zwątpienia, tak charakterystyczne dla mieszkańców wielkich, wielokulturowych miast naszej cywilizacji. Świadomie lub nie, stał się metaforycznym pomostem pomiędzy kulturami i religiami. 

foto Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki

Zabierając się za lekturę Nocy ognia, wiedziałem, że to książka na jeden wieczór. Zastanawiałem się, jak autor opowie o tak intymnym doświadczeniu ze swojego życia. I tu przydała się umiejętność Schmitta, polegająca na nadaniu nawet zwyczajnym wydarzeniom odpowiedniej głębi. To, co nie zawsze podoba mi się w jego prozie, tutaj sprawdziło się znakomicie. Noc ognia okazała się bardzo osobistą, ale i szalenie interesującą lekturą, dotykającą spraw ostatecznych. Nie umiem ocenić, na ile opisana historia jest prawdziwa, a gdzie Schmitt trochę ją literacko ubarwił, ale wiem, że Noc ognia warto przeczytać. Fanów pisarza nie muszę przekonywać, niezdecydowanych - bardzo zachęcam.

Nowalijki oceniają 5/6



za udostępnienie powieści do recenzji 

sobota, 10 grudnia 2016

"Jak zostać dyktatorem. Poradnik dla nowicjuszy" Mikal Hem

www.smakslowa.pl
Informacje o książce

autor Mikal Hem
tytuł Jak zostać dyktatorem. Podręcznik dla nowicjuszy
tytuł oryginału Kanskje Jeg Kan Bli Diktator
przekład Sławomir Budziak

wydawnictwo Smak Słowa/Agora
miejsce i rok wydania Sopot/Warszawa 2016
liczba stron 254

egzemplarz recenzencki






Pierwszy rzut oka na okładkę - charakterystyczne postaci i intensywne tło, które szybko przywołało mi na myśl Czerwoną książeczką Mao Zedonga. Cóż, skojarzenie okazało się całkiem słuszne. Oto bowiem norweski dziennikarz i komentator polityczny Mikal Hem napisał przewrotny w swej wymowie poradnik dla przyszłych dyktatorów. Półki księgarni uginają się pod ciężarem wszelkiej maści poradników, więc kolejny podręcznik doskonałego życia specjalnie już nikogo nie dziwi. A jednak. Lektura książki Hema, mimo lekkiej formy i gawędziarskiego tonu, to niełatwe spotkanie z największymi tyranami świata. Bo choć konwencja sugeruje satyrę i ukazanie rzeczywistości w krzywym zwierciadle, to jednak opisywane postaci żyły (lub wciąż są wśród nas) i uczyniły tak wiele zła w imię władzy absolutnej, że wzdrygamy się na samą myśl o nich i ich, wątpliwych moralnie, dokonaniach.

Nie trzeba być szczególnie mocno zainteresowanym aktualną sytuacją polityczną w Europie i na świecie, żeby wiedzieć, że czasy mamy gorące. Niezadowolenie społeczne, frustracja ale i chęć szybkiego wzbogacenia się kosztem innych, to tylko niektóre czynniki, które sprawiają, że nagle, prawie pod ziemi, może pojawić się człowiek, który porywie tłumy i zdobdzie przychylność niezadowolonych ludzi. Potem scenariusz bywa mniej więcej podobny - po zdobyciu władzy, następuje rozprawienie się z wrogami, wykreowanie nowych i od władzy demokratycznej (w założeniu) do tyranii droga okazuje się bardzo krótka. Taką ścieżkę kariery politycznej obrali (niechlubni) bohaterowie książki Mikala Hema. Co ciekawe, autorowi udał się odtworzyć pewne mechanizmy kierujące dyktatorami, czy to w której z republik bananowych, czy w Korei, a nawet w Europie sprzed przemian ustrojowych po 1989 roku. 

Książka Hema składa się z kilkunastu rozdziałów, w których autor udziela szczegółowych porad przyszłym dyktatorom. Chcesz nim zostać? Przeprowadź zamach stanu, wykorzystaj zacofanie gospodarcze i ujednolić władzę państwową, zdobądź przychylność zagranicy. Bądź bezwzględny,  nie żałuj pieniędzy na zbrojenie. A potem utrzymaj się u władzy, wykorzystując wszystkie możliwe środki, krwawo tłumiąc wszelkie przejawy najmniejszego nawet buntu. Buduj konsekwentnie swój wizerunek, niech poddani (bo przecież nie obywatele) boją się ciebie i oddają ci hołd. Spraw, byś stał ustawicznie w centrum ich uwagi, Królem, Słońcem, Ojcem Narodu. Jeśli trzeba - dobrotliwym wujkiem. Bogać się i żyj wystawnie, nie żałuj sobie pieniędzy na luksusowe samochody, stroje od projektantów i wystawne rezydencje. A że w kraju bieda aż piszczy? Kto by się przejmował takimi drobiazgami. Ujętych w ramę satyry porad jest znacznie więcej, a wszystkie one są okraszone przykładami dyktatorów z całego świata. Czasem są to anegdoty z ich życia, częściej jednak fakty, które pokazują bezmiar samowładzy i okrucieństwa. Bo utrzymanie się na szczytach władzy wymaga ofiar i tyrani nie mają skrupułów, kiedy chodzi o tak istotną dla nich kwestię.

Narracja Jak zostać dyktatorem. Poradnik dla nowicjuszy nie pozostawia złudzeń. Władzę absolutną jest w stanie przejąć i utrzymać człowiek, który w swej żądzy nie cofnie się przed niczym. Portrety władców absolutnych, przedstawione w książce, to wizerunki ludzi bezwzględnych i słabych jednocześnie. Pławiących się w luksusie i przymykających oczy na korupcję oraz patologię, uprawiających nepotyzm i żyjących wbrew jakiejkolwiek formie moralności. Zepsuci władzą, powoli tracą kontakt z rzeczywistością, ale tylko do czasu, kiedy czują się bezpieczni w swojej roli. Niech jednak tylko coś zmąci ten spokój. Wtedy zaczyna się prawdziwy autorytaryzm, krwawy i bezwzględny wobec oponentów politycznych. 


www.smakslowa.pl

Satyryczna w formie konwencja książki Mikala Hema pozwala pokazać mechanizmy rządzące totalizmami na całym świecie. Choć portrety przywołanych w tym nietypowym poradniku satrapów odbijają się w krzywym zwierciadle, to nawet zniekształcony,  ich wizerunek potrafi przestraszyć, a z pewnością dać do myślenia. Trudno nie zauważyć po lekturze książki, że jej tematyka wciąż jest niebezpiecznie aktualna. 

Nowalijki oceniają 5/6



Dziękuję wydawnictwu Smak Słowa 
za udostępnienie książki do recenzji


sobota, 3 grudnia 2016

"Muza" Jessie Burton

www.wydawnictwoliterackie.pl
Informacje o książce

autorka Jessie Burton
tytuł Muza
tytuł oryginału Muse
przekład Agnieszka Kuc

wydawnictwo Wydawnictwo Literackie
miejsce i rok wydania Kraków 2016
liczba stron 480

egzemplarz recenzencki








Dzieła sztuki to wdzięczny temat dla pisarzy i poetów. Wielokrotnie na kartach różnych powieści przewijały się wątki, w których obrazy lub rzeźby stanowiły istotny element fabuły. O sztuce wspomina się w mitologii i w bardzo współczesnych powieściach sensacyjnych. Kto nie ma możliwości przyjrzenia się obrazowi w konkretnym muzeum, może kupić odpowiednią aplikację na telefon, by w domowym zaciszu i w wysokiej rozdzielczości przeanalizować każde maźnięcie pędzlem. Nie wspominam o albumach, bo to chyba bardzo oczywiste źródło wiedzy o sztuce. Oczywiście nic nie zastąpi osobistego kontaktu z obrazem i rzeźbą. Lubię ten moment w muzeum, kiedy stojąc przed płótnem wyobrażam sobie, co kryje się za malowidłem; jakie emocje towarzyszyły jego powstaniu, dlaczego wygląda tak, a nie inaczej. Dlatego kiedy przeczytałem zapowiedź nowej powieści Jessie Burton pod tytułem Muza wiedziałem, że koniecznie muszę zapoznać się z tą powieścią. Intuicja mnie nie zawiodła. Piękna okładka kryje bowiem intrygującą treść. 

Czerwiec 1967 roku okazał się w Londynie niezwykle upalny. W jednym ze sklepów z butami pracuje Odelle Bastien, która raptem kilka lat wcześniej przybyła do Anglii z Trynidadu. Wykształcona i z głową pełną marzeń, dziewczyna zderzyła się z chłodną (i to  niekiedy dosłownie) angielską rzeczywistością. Kiedy pewnego dnia otrzymuje zaproszenie na rozmowę o pracę nie wie jeszcze, że jej życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni. Zostaje przyjęta na posadę maszynistki w nobliwym Instytucie Sztuki Skeltona. Tam spotyka tajemniczą i ekscentryczną Marjorie Quick, która poznawszy się na talencie Odelle, skutecznie namawia ją do podjęcia odważnych życiowych decyzji. Dziewczyna jednak całą energię włoży w rozwikłanie zagadki obrazu, który jej bliski znajomy Lawrie Scott przyniósł do wyceny. Okazuje się bowiem, że to płótno jest cenniejsze, niż obecny właściciel mógłby to sobie wyobrazić.

W styczniu 1936 roku na hiszpańskiej prowincji pojawia się wiedeński marszand Harold Schloss. Wraz z żoną Sarą i córką Oliwią dyskretnie opuścili rodzinne miasto, uciekając przed rodzącym się faszyzmem. Do ich nowego domu przybywa rodzeństwo Teresa i Isaac Robles. Mężczyzna, który nie ukrywa lewicowych poglądów, jest też malarzem. Oliwa Schloss właśnie dostała się do Akademii Sztuk Pięknych w Londynie, ale wiedząc, że ojciec nie ceni kobiet - artystek, zataja ten fakt przed rodziną. Kiedy więc w domu pojawia się nowy obraz Rufina i lew, Schloss postanawia pomóc Roblesowi w karierze. Płótno wzbudza coraz większe zainteresowanie kolekcjonerów sztuki w całej Europie. Tyle tylko, że malowidło skrywa pewną tajemnicę, łączącą Oliwię, jej matkę i hiszpańskie rodzeństwo.

Muza Jessie Burton to powieść z dwoma ciągami narracji. Pierwszoosobowa  - z perspektywy Oddelle i trzecioosobowa. Dzięki temu zabiegowi literackiemu czytelnik otrzymuje dwie opowieści w jednej, a pomostem między nimi jest obraz, który na tyle zaintrygował główną bohaterkę, że postanowiła ona rozwikłać jego zagadkę. Nieznane dzieło Isaaca Roblesa, malarza - rewolucjonisty, który zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, to smaczny kąsek dla ludzi sztuki i niemała sensacja artystyczna. Jak łatwo się domyślić, obie narracje w pewnym miejscu muszą się skrzyżować, aby bohaterka powieści i jej czytelnicy mogli poznać prawdę, kryjącą się za ekscentrycznym i znakomitym technicznie obrazem. Przyznam że historia, którą zaproponowała Burton, wciągnęła mnie od samego początku i nawet nie mam za złe autorce, że skutecznie wywiodła mnie w pole. Intryga jest wielowątkowa, może nie bardzo skomplikowana, ale jednak mocno pogmatwana na poziomie relacji między bohaterami. A te, są mocne i namiętne, rozpalone hiszpańskim słońcem i podszyte strachem przed zbliżającą się do Andaluzji rewolucją, która stała się preludium do II wojny światowej. 

foto Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki

W Muzie spodobała mi się podwójna narracja i z podziwem czytałem kolejne jej odsłony zwracając uwagę, jak różne są to teksty. Pod koniec powieści trudno się od powieści Burton oderwać, bowiem misterna konstrukcja całości wreszcie pozwala dostrzec rozwiązanie zagadki obrazu i wzajemnych powiązań między bohaterami. Warto zwrócić uwagę, że pisarka z wyczuciem i znajomością tematu opisała zarówno Hiszpanię z lat trzydziestych, z symptomami zbliżającej się wojny, jak i Londyn z końcówki lat sześćdziesiątych. Odelle - inteligentna i dobrze wykształcona, na każdym kroku musiała stawiać czoła nietolerancji, która wynikała ze strachu i niedouczenia Anglików.

Jessie Burton potrafi pisać ciekawe i wciągające historie. Warto sięgnąć po Muzę, bo jest to jedna z tych powieści, których lektura to sama przyjemność. Wyraziste postaci, (nieomal) sensacyjny wątek z tajemniczym obrazem, dobrze zarysowane tło społeczne i historyczne to elementy, które tworzą tę opowieść. Można jeszcze dodać do tego różne odcienie namiętności, która nie zna barier czasowych oraz bardzo sprawne pióro Burton, aby napisać, że ma się do czynienia z potencjalnym hitem wydawniczym. Tak, czy inaczej - zdecydowanie polecam!

Nowalijki oceniają 6/6



Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie
książki do recenzji.

środa, 30 listopada 2016

"Istota zła" Luca D' Andrea

www.gwfoksal.pl
Informacje o książce

autor Luca D' Andrea
tytuł Istota zła
tytuł oryginału La sostanza del male
przekład Stanisław Kasprzysiak

wydawnictwo W.A.B.
miejsce i rok wydania Warszawa 2016
liczba stron 480

egzemplarz recenzencki








Podobno lubimy piosenki, które już znamy. Dlatego w licznych rozgłośniach radiowych słyszymy ciągle te same utwory, a nowe przeboje często bazują na sprawdzonych hitach. Od pewnego czasu mam wrażenie, że ta zasada zaczyna dotyczyć również rynku wydawniczego. Jest więc w miarę zdolny pisarz - debiutant,  z pomysłem na fabułę, która gdzieniegdzie wykorzystuje zgrane do cna wątki (wszak lubimy to, co znamy). Do tego trzeba dodać przyciągającą oko okładkę, porównanie do znanego autora, jeszcze trochę medialnego szumu i mamy (prawie) gwarantowany hit wydawniczy. Przepis prosty i zazwyczaj skuteczny. Tylko że czasem, zamiast oczekiwanego literackiego zachwytu otrzymujemy, owszem literackie, ale rozczarowanie. To ostatnie uczucie towarzyszyło mi podczas lektury powieści Istota zła. Luca D'Andrea napisał historię, której duży potencjał został zmarnowany, a już z pewnością autor nie wykorzystał go w pełni. Tym bardziej szkoda, ponieważ początek książki nie zapowiadał takiego obrotu sprawy. 


Jeremiasz Salinger - ceniony reżyser i dokumentalista wraz z żoną i córką przeprowadza się do uroczej miejscowości Siebenhoch, malowniczo położonej we włoskich Dolomitach. Amerykanin poślubił dziewczynę, która pochodzi właśnie z tego miasteczka. Monumentalny krajobraz gór natchnął go do nakręcenia filmu dokumentalnego o pracy lokalnych ratowników górskich. Podczas jednej z akcji dochodzi do tragicznego wypadku - giną wszyscy jej uczestnicy z wyjątkiem Salingera. Filmowiec fizycznie szybko dochodzi do siebie, ale pojawiają się problemy natury emocjonalnej - zespół stresu pourazowego. Jedną z metod walki z tą przypadłością jest zajęcie się innym, absorbującym wydarzeniem. I Salinger je znajduje. Zupełnie przez przypadek dowiaduje się, że w niedalekim wąwozie Bletterbach doszło do bestialskiego morderstwa trójki młodych mieszkańców Siebenhoch. Filmowiec postanawia rozwikłać zagadkę, budząc tym samym uśpione demony. Z miłego amerykańskiego męża Anneliese, staje się wrogiem publicznym numer jeden. A zagadka nadal zostaje niewyjaśniona. 


Początek powieści zaczyna się wybornie i wydawać by się mogło, że zapowiada mroczną, pełną tajemnic z przeszłości opowieść. Klaustrofobiczna atmosfera miasteczka na krańcu świata, tajemnica, która skutecznie knebluje usta jego mieszkańców, niewzruszone góry i przepowiednia o pradawnej Bestii to składniki, z których można było upichcić niezłą powieść rozrywkową. Co z tego, skoro autor w moim odczuciu nie podołał temu zadaniu. Pierwszoosobowa narracja z jednej strony pozwala oddać stany emocjonalne głównego bohatera, ale z drugiej sprawa, że tekst jest przegadany, pełny zbytecznych informacji i przemyśleń, które rozgrywają się w wymęczonym umyśle Salingera. Od pewnego momentu mocno mnie to drażniło, bo wprawdzie nie oczekiwałem akcji pędzącej jak błyskawica, ale jednak chciałem, aby przynajmniej posuwała się w jakimś konkretnym kierunku. Żeby oddać honor autorowi, zwroty akcji pojawiają się, a jakże, ale sprawiają wrażenie wprowadzonych trochę na siłę.

Nie potrafiłem przyzwyczaić się do głównego bohatera, który prywatne śledztwo prowadził bez większego przekonania i niekonsekwentnie. Wiem, wiem - cierpiał na ataki paniki i jego zachowanie często było związane z aktualnym stanem psychiki, ale jednak z punktu widzenia całości fabuły nie wpłynęło to pozytywnie na przebieg wydarzeń. Wypatrywałem także oczekiwanej atmosfery grozy i tajemniczości, ale znów to raczej małe fragmenty tu i ówdzie, które nie zrekompensowały mi ogólnego zawodu Istotą zła. Nie ma sensu wymieniać innych mankamentów powieści, bo trzeba by odwoływać się do konkretnych wydarzeń z książki, a to z pewnością byłoby za wiele dla potencjalnego jej czytelnika. Z tego choćby powodu nie rozwijam wątku rodziny Salingera, bo zwyczajnie raził mnie  on sztucznością.

Nie jest tak, że w Istocie zła dostrzegam same mankamenty. Luca D'Andrea, który jest także autorem trylogii fantasy dla młodego czytelnika, napisał powieść, w której bardzo istotny jest, przynajmniej przez pewien moment, obraz gór i ludzi w nich żyjących. Wątek z ratownikami górskimi z początku historii bardzo mi się spodobał, ale później ustąpił on miejsca innym elementom opowieści. Warto wspomnieć, że góry - niedostępne i bezwzględne dla człowieka to jeszcze jeden, bardzo istotny bohater Istoty zła. Wątek pradawnej Bestii przywołuje mi na myśl powieści Dolores Redondo, ale mam wrażenie, że Hiszpanka dawne wierzenia lepiej wykorzystuje w swoich powieściach, a z pewnością ciekawiej konstruuje fabułę.

foto Tomasz Radochoński www.nowalijki.blogspot.com

Po autorze, porównywanym do Kinga, Nesbo i Lovecrafta, oczekiwałbym czegoś więcej, niż przeciętnej powieści, która może i  nie wywołałaby u mnie tak nieprzychylnych emocji, gdyby nie  słabe zakończenie. Wprawdzie dramatyczne, ale niewykraczające poza schemat, którego można było się spodziewać, znając twórczość choćby wspomnianego już Kinga. 

Może powieść nie trafiła u mnie na dobry moment, może nie potrafię docenić talentu autora Istoty zła, ale książka zwyczajnie mnie rozczarowała. Być może znów dałem się nabrać szumowi wokół tytułu, albo moje oczekiwania wobec powieści były zbyt wygórowane. Jedno jest pewne, w mojej subiektywnej ocenie książka jest mocno średnia i choć może dostarczyć przyzwoitej rozrywki, to naprawdę niełatwo ją zaliczyć do arcydzieł w swoim, skądinąd niejednorodnym, gatunku. Rozumiem jednak opinie pełne zachwytów nad tym tytułem - oczywiste jest dla mnie, że o gustach się nie dyskutuje.

Trudno mi jednoznacznie polecić lekturę Istoty zła, ale wiadomo - ile czytelników, tyle ocen. Może warto wyrobić sobie własne zdanie na jej temat? 
Zostawiam Was zatem z tą decyzją ciekawy, czy i jak Wam się podoba?

Nowalijki oceniają 3/6



za udostępnienie powieści do recenzji.




niedziela, 27 listopada 2016

"Szwedzkie kalosze" Henning Mankell

www.gwfoksal.pl
Informacje o książce

autor Henning Mankell
tytuł Szwedzkie kalosze
tytuł oryginału Svenska gummistövlar
przekład Ewa Wojciechowska

wydawnictwo W.A.B.
miejsce i rok wydania Warszawa 2016
liczba stron 448

egzemplarz recenzencki
recenzja dla portalu lubimyczytac.pl







Długo nie mogłem się zabrać za lekturę Szwedzkich kaloszy Henninga Mankella. Tym razem powód nie był taki, jak zwykle - brak czasu na czytanie lub obowiązki, które skutecznie odrywały od wieczoru z książką. Szwedzkie kalosze bowiem to nie tylko ostatnia książka Mankella z listy do przeczytania, ale i ostatnia regularna powieść autora. Wydana w Szwecji w 2014 roku, jako kontynuacja Włoskich butów, to swoiste pożegnanie pisarza z czytelnikami. Autobiograficzne Grząskie piaski są już tylko (lub aż) zapisem choroby i odchodzenia autora. Do Mankella mam szczególny sentyment. To od serii z Kurtem Wallanderem rozpoczęła się moja miłość do kryminałów z północy. I choć książki z policjantem z Ystad miały lepsze i gorsze momenty, to na każdą nową powieść czekałem z wielką niecierpliwością. I z żalem pożegnałem się z najpierw z Wallanderem a całkiem niedawno z Mankellem

Szwedzkie kalosze to swobodna kontynuacja historii opisanej we Włoskich butach. Mija osiem lat. Znakomity chirurg Fredrik Welin nadal mieszka na jednej z bałtyckich wysp. Dobiega siedemdziesiątki i mimo że czuje się całkiem dobrze, ma świadomość upływającego czasu. Nadal rozpamiętuje wypadek przy pracy, który raz na zawsze przekreślił jego karierę, wspomina śmierć matki swojej jedynej córki, którą poznał, gdy ta była już dorosłą kobietą. Być może jego życie toczyłoby się utartym szlakiem, gdyby nie pożar, który jednej nocy pozbawił Welina nie tylko domu, ale i wspomnień i poczucia bezpieczeństwa. Na domiar złego pożar wygląda na celowe podpalenie i pierwsze podejrzenia padają na właściciela starej posesji. Sęk w tym, że ktoś podpala inne domy i nie jest to Fredrik. Gdyby tego było mało, na wyspie pojawia się, dawno niewidziana, córka Louise, co nie wróży niczego dobrego.

Szwedzkie kalosze to powieść, która miłośników kryminałów Mankella może zaskoczyć. Sensacji w powieści jest jak na lekarstwo, ponieważ na plan pierwszy wysuwa się wątek obyczajowy, skupiony wokół Fredrika i jego relacji z innymi ludźmi. Były chirurg, zmęczony życiem i roztrzęsiony po starcie dachu nad głową, z jednej strony dobrze sobie radzi, z drugiej zaś popada w melancholię, której blisko do agresji. Fredrik próbuje na nowo poukładać sobie życie, mając bolesną świadomość, że dany mu czas powoli się kończy. Na jego drodze pojawia się młoda dziennikarka Lisa Modin i Welin ma nadzieję na coś więcej, wbrew zdrowemu rozsądkowi oraz dzielącej ich różnicy lat. Relacje z dorosłą córką też wymagają naprawy, ale dwie silne osobowości, nieskore do kompromisów, nie ułatwiają sobie tego zadania. Dopiero wyjazd do Paryża, śladami wydarzeń z przeszłości, pozwoli spojrzeć Welinowi na pewne fakty z życia z zupełnie nowej perspektywy. 

Akcja powieści toczy się niespiesznie, bo choć zaczyna się od pożaru, który pozbawił Fredrika domu, to potem wydarzenia  powoli układają się w biografię starego mężczyzny. Welin sporo wspomina, szczególnie dzieciństwo, które spędził w domu na wyspie. Mieszkali tam jego dziadkowie, których podziwiał, ale częściej nie rozumiał, albo się ich bał. Pierwszoosobowa narracja oddaje głos głównemu bohaterowi, dzięki czemu Welin analizuje swoje życie, ocenia je i krytykuje decyzje, które podjął przed laty. Czytelnik śledzi tę swoistą spowiedź z dużym zainteresowaniem, bo bohater Mankella ma jednak trochę dystansu i zgryźliwe poczucie humoru. Ale i irytuje, głównie bliskie mu osoby - córkę, dziennikarkę i listonosza Janssona, który codziennie go odwiedza, z nadzieją na wyleczenie z wyimaginowanych przypadłości. Welin żyje obok ludzi, ale w samotności, która może nie przynosi tak potrzebnego mu ukojenia, choć pozwala docenić drobne przyjemności życia. 

Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki

Siłą Szwedzkich kaloszy jest spokojne tempo akcji, nostalgiczny klimat końca jesieni i wyraziste postaci. To książka o przemijaniu, przygotowywaniu się na odejście i porządkowaniu świata wokół siebie - tak na wszelki wypadek. Napisałem kiedyś, przy okazji innej powieści ze skandynawskim rodowodem, że nikt tak pięknie nie potrafi pisać o codzienności, jak autorzy z północy. Oczywiście to pewne nadużycie z mojej strony, ale niespiesznie opowiadana historia, melancholijny nastrój i głębokie przekonanie o sile człowieka w ich tekstach bardzo do mnie przemawia. Nie trzeba pisać rozbudowanych filozoficznych tyrad o istocie człowieczeństwa, aby dotrzeć do podstawowych i oczywistych prawd. W moim odczuciu Henning Mankell potrafił ten aspekt znakomicie ująć w swoich powieściach. I tylko szkoda, że już nic więcej nie napisze.

Nowalijki oceniają 5+/6



za udostępnienie powieści do recenzji.





środa, 23 listopada 2016

"Czerwone złoto" Tom Hillenbrand

www.smakslowa.pl
Informacje o książce

autor Tom Hillenbrand
tytuł Czerwone złoto
tytuł oryginału Rotes Gold. Ein kulinarischer Krimi
przekład Anna Krochmal i Piotr Kędzierski

wydawnictwo Smak Słowa
miejsce i rok wydania Sopot 2016
liczba stron 368

premiera 19 października 2016
egzemplarz recenzencki







Toma Hillenbranda i jego kryminał Diabelski owoc (tutaj) poznaliśmy raptem kilka tygodni temu. Powieść, będąca połączeniem sensacji z przymrużeniem oka z modnym tematem gotowania, niedawno doczekała się kontynuacji. Kucharz i detektyw - amator Xavier Kieffer powraca w Czerwonym złocie, aby w smakowity sposób rozwiązać kolejną morderczą zagadkę w świecie wyszukanych potraw i wielkich pieniędzy. 

Xavier, rodowity Luksemburczyk, podróżuje często do Paryża. Ma powód w osobie pięknej, majętnej i zakochanej w nim Valérie Gabin. Redaktor naczelną i właścicielkę słynnego przewodnika gastronomicznego czytelnicy poznali już w pierwszym tomie serii. To ona zaprosiła Kieffera na eleganckie przyjęcie wydane przez jej znajomego - mera Paryża. W luksusowych wnętrzach pełnego przepychu Musée d'Orsay spotyka się śmietanka towarzyska miasta. Wśród licznych atrakcji jest oczywiście wspaniałe jedzenie. Tym razem króluje sushi i znakomity kucharz Ryuunosuke Mifune, który uchodzi za największego znawcę kuchni japońskiej. Szkoda tylko, że kulinarną ucztę przerywa nagła śmierć mistrza. No cóż, nawet najlepszym zdarza się zatrucie surową rybą. Xavier jednak, nauczony doświadczeniem poprzedniego śledztwa, sceptycznie podchodzi do całego zdarzenia. Rozpoczyna kolejne śledztwo, bo instynkt detektywa amatora go nie zawodzi. Bohater,  tym samym, ponownie naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki

Tom Hillenbrand po raz drugi zabiera czytelnika w niezwykle smakowitą i pełną humoru podróż po Europie śladami kolejnej sprawy kryminalnej. Xavier ładuje się w sam środek wydarzeń, które uzmysłowią mu, że są dla smaku i wyrafinowanych potraw ludzie są skłonni wydać ogromne pieniądze a jeśli trzeba - nawet zabić. Autor ponownie odkrywa wiele tajemnic skrzętnie chowanych za drzwiami luksusowych restauracji i wielkich fabryk, produkujących żywność na masową skalę. Praktyki wytwórców jedzenia mogą przerażać, bo metody, jakimi kierują się właściciele tych przedsiębiorstw, często mrożą krew w żyłach. Kieffer, a tym samym czytelnik, przekona się o tym właściwie naocznie.

Tomasz Radochoński www.instagram.com/nowalijki

Czerwone złoto to powieść, która porusza ciekawy temat, bliski każdemu z nas. W końcu wszyscy lubimy dobrze zjeść i być może niezbyt często zastanawiamy się skąd, jak i dlaczego na półkach sklepowych lub na talerzu w restauracji mamy taki, a nie inny produkt. 

Hillenbrand stosuje w drugiej powieści pewne chwyty fabularne i rozwiązania, które pojawiły się w Diabelskim owocu. Nadal jest lekko, sympatycznie i z dużym przymrużeniem oka, ale nie trudno dostrzec powtórzenia pewnego schematu kompozycji fabuły. Co więcej, w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że autorowi zabrakło  trochę pomysłu na intrygę kryminalną. Być może określenie jej, że została grubymi nićmi uszyta to nadużycie, ale  w moim odczucie coś jest jednak na rzeczy. Mankamenty w konstrukcji fabuły rekompensują sprawne opisy Luksemburga i Paryża, sympatyczny główny bohater i dziesiątki dań, które przewijają się przez karty powieści, powodując nagłą potrzebę wizyty w okolicy lodówki.

Polecam Czerwone złoto, bo to dobra rozrywka, ale sugeruję, aby między tomami zrobić sobie przerwę - z korzyścią dla siebie i książek Hillenbranda

Nowalijki oceniają 4+/6




Dziękuję wydawnictwu Smak Słowa i agencji Business&Culture
za udostępnienie książki do recenzji przedpremierowej.