piątek, lipca 31, 2015

Stephen King "Rose Madder"


autor: Stephen King
tytuł: "Rose Madder"
tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
liczba stron: 447
wydawnictwo: Albatros
miejsce i rok wydania: Warszawa 2015
wydanie: VII (III kieszonkowe)

Lubię powieści Stephena Kinga, ale nie jestem jego wielkim fanem. Może wynika to z faktu, że po kolejne książki sięgam bez zachowania kolejności wydania a raczej z doskoku. Przeczytałem kilka powieści z początku jego kariery ("Misery", "Miasteczko Salem", "Carrie") i znam ostatnie tytuły. Tak się złożyło, że mam za sobą lekturę tekstów zekranizowanych, czyli pewnie najpopularniejszych. Za każdym razem, kiedy sięgam po nową dla mnie powieść, nie wiem, co mnie czeka. Czy będzie to horror, powieść obyczajowa, kryminał, czy misz - masz różnych gatunków literackich. Często też łapię się na tym, że kolejne książki są tak różne pod względem fabuły, sposobu prowadzenia akcji, stylu pisania (choć tutaj zasadniczy wpływ ma oczywiście tłumacz), że zastanawiam się, czy oby Stephen King to jedna osoba, czy też niektóre książki ktoś mu pisze. Ta zauważalna różnorodność może być atutem pisarza, świadczyć o kunszcie i umiejętności balansowania między stylami i gatunkami, albo - jak w moim przypadku - dezorientować czytelnika. Nie zmienia to jednak faktu, że od czasu do czasu lubię poczytać Kinga i odkryć kolejną książkę w jego bogatym dorobku.

"Rose Madder" to książka, która zaczyna się mocno i taka jest już do końca. Jej główną bohaterką jest Rose Daniels, która po czternastu latach życia z mężem policjantem i co ważne, psychopatą, postanawia od niego uciec i rozpocząć nowe życie. Rose jest ofiarą wieloletniej przemocy domowej, kobietą, która ma nie tylko rany i blizny fizyczne, ale i zniszczoną psychikę. Bohaterka wyjeżdża do innego miasta, uzyskuje wsparcie i pomoc, zdobywa pracę i zakochuje się. Ma jednak świadomość, że opuszczony przez nią mąż nie spocznie, dopóki nie zemści się na niej za ucieczkę i tym samym poniżenie go w oczach kolegów - policjantów. Rose postanawia pewnego dnia spieniężyć biżuterię od znienawidzonego męża, ale w wyniku zbiegu różnych okoliczności zostaje właścicielką niepozornego obrazu sygnowanego nazwiskiem Rose Madder. Właściwie należałoby napisać, że to obraz wybrał sobie nową właścicielkę. Aby nie psuć przyjemności czytania nie zdradzę nic więcej, ale napiszę tylko, że Rose może przenosić się do obrazu, do innej rzeczywistości. Ten fakt odegra ogromną rolę, kiedy dojdzie do finałowej konfrontacji Rose z Normanem, jej psychopatycznym mężem - prześladowcą.


Do momentu zakupu tajemniczego obrazu "Rose Madder" to powieść obyczajowa, poruszająca ważny problem społeczny, jakim jest przemoc w rodzinie. Tekst jest napisany dość mocno, ale i tematyka nie jest łatwa. Narracja została poprowadzona z perspektywy Rose i Normana, który krok po kroku przybliża się do swojej ofiary. Kiedy malunek wisi w nowym mieszkaniu Rose powieść zmienia się, dochodzi bowiem do głosu narracja z innego świata, a tematyka obyczajowa miesza się z fantastyką. Czytelnik zostaje wciągnięty w wydarzenia, które rozgrywają się na dwóch poziomach - dosłownym i onirycznym. Sennym, bo nie mamy pewności, czy przenikanie do obrazu dzieje się naprawdę, czy jest to sen (koszmar) Rose. Obie rzeczywistości przenikają się i  uzupełniają, przygotowując psychicznie i fizycznie bohaterkę do ostatecznego starcia. Wprowadzenie świata równoległego i jego bohaterów powoduje, że walka Rose i Normana przybiera formę bardzo krwawej, ale jednak groteski. Nagromadzenie przemocy, trupów i morze krwi sprawia, że trudno potraktować na serio wydarzenia kończące fabułę. Ten chwyt stylistyczny znany jest z innych powieści Kinga i w "Rose Madder" świetnie się sprawdza. 

Opowieść Kinga będzie podobała się czytelnikom takim jak ja, którzy po twórczość tego autora sięgają od czasu do czasu. King serwuje nam powieść o ważnej tematyce, ale z domieszką fantastyki, lekko szarżując w doborze konwencji, czerpie garściami z mitów, baśni i lęków współczesności. "Rose Madder" wciąga, a kiedy orientujemy się, że nic nie jest takie, jakie być powinno, zabawa jest jeszcze lepsza. Tekst jest napisany mocnym, dosadnym językiem, opisy kolejnych zbrodni są sugestywne, ale taka konwencja nie razi. Lektura obszernej powieści Kinga to ciekawe doświadczenie z literaturą popularną, zdecydowanie lepsze, niż czytanie ostatnich dokonań tego autora.

Nowalijki oceniają: 5/6

wtorek, lipca 28, 2015

Peter Kerr "Incydent w Dirleton"


autor: Peter Kerr

tytuł: "Incydent w Dirleton"

tłumaczenie: Jarosław Włodarczyk

wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

seria wydawnicza: "Bob Burns na tropie"

miejsce i rok wydania: Wrocław 2015

liczba stron: 264


Kiedy na oddziale geriatrycznym szpitala w Dirleton doszło do morderstwa, nikt nie przypuszczał, że sprawa okaże się aż tak skomplikowana. Ekscentryczna Bertie McGregor zginęła od uderzenia w tył głowy, a jej kot został otruty. Co ciekawe, zwierzę dziedziczyło cały majątek po swojej pani. Miejscowa policja szybko wytypowała zabójcę i jeszcze szybciej uznała, że sprawę można zamknąć. I pewnie mieszkańcy Dirleton zapomnieliby o tym przykrym wydarzeniu, gdyby nie ambitny sierżant Bob Burns. Detektyw powraca w rodzinne strony z Edynburga i postanawia prowadzić śledztwo na własną rękę, wbrew woli przełożonego. Do pomocy dostaje młodego posterunkowego Andy'ego Greena, a z własnej woli współpracuje z nimi doktor Julie Bryson, która przypadał do gustu rozwiedzionemu Burnsowi. Razem wyjeżdżają nawet na Majorkę, gdzie prowadzą ich tropy prowadzonego dochodzenia. Ostatecznie, czego należało się spodziewać, udaje im się rozwikłać zagadkę morderstwa i ujawnić prawdziwy powód niechęci przełożonego do tej sprawy.

Opis książki brzmi dość zachęcająco, ale ja jestem nią mocno rozczarowany. Motyw śledztwa jest nawet interesujący, ale powieść  mogłaby być mniej przegadana. W toku fabuły pojawia się wiele wątków pobocznych, w zamiarze autora dowcipnych, które nadmiernie obciążają tekst. Wadą są również tyrady bohaterów, które nie wnoszą wiele nowego do akcji. Nie mogę odmówić autorowi (pewnego) poczucia humoru i umiejętności wprowadzania zaskakujących zwrotów akcji, ale dla mnie to za mało. Być może jednak nadajemy na różnych falach. Szkoda, bo liczyłem na dłuższą znajomość z Bobem i jego współpracownikami.



"Incydent w Dirleton" to pierwszy tom nowej serii detektywistycznej (kolejna część będzie miała premierę już w sierpniu), która łączy w sobie wątki sensacyjne i humorystyczne. Fabuła pierwszego tomu nie jest zbytnio odkrywcza, ale może spodobać się czytelnikom szukającym lżejszej fabuły, w której bohaterów, wydarzenia i ... morderstwa autor traktuje z lekkim przymrużeniem oka. Jak dla mnie, to oko przymrużone jest za bardzo. Lektura w sam raz na wakacyjny urlop - do przeczytania i zapomnienia.

Nowalijki oceniają: 3/6



piątek, lipca 24, 2015

Katarzyna Puzyńska "Motylek"

www.proszynski.pl

autorka: Katarzyna Puzyńska

tytuł: "Motylek"

wydawnictwo: Prószyński i S - ka

miejsce i rok wydania: Warszawa 2014

liczba stron: 607


Z twórczością Katarzyny Puzyńskiej zetknąłem się dość późno. Owszem, nazwisko autorki i kolejne jej książki migały mi w prasie i internecie, ale w zalewie nowości książkowych kompletnie umknęły mojej uwadze. Dopiero duża liczba pozytywnych opinii i zachwyty czytelników przypomniały mi o tej serii i skłoniły do lektury. Sięgnąłem oczywiście po debiut, który jednocześnie wprowadza w świat mieszkańców Lipowa. Jak żartobliwie wspomniałem, zaczynam literacką podróż i już wiem, że do Lipowa wrócę tak szybko,  jak tylko się da.

Osią fabuły są morderstwa popełniane w idyllicznej scenerii, przysypanego śniegiem, fikcyjnego Lipowa. Nieszczęśliwy, jakby się wydawało, wypadek z udziałem zakonnicy, rozkręca spiralę zdarzeń, które w szybkim tempie (przynajmniej z punktu widzenia czytelnika) przybliżają nas do zaskakującego finału. Autorka sprytnie miesza wątki, kluczy i czasem sprowadza czytelnika na detektywistyczne manowce, dzięki czemu satysfakcja z próby samodzielnego rozwiązania zagadki jest jeszcze większa. Od początku kibicujemy dzielnym policjantom z Lipowa, którzy nie mają łatwego zdania, bo atmosfera napięcia narasta, a kolejne trupy (choć nie ma ich znowu aż tak dużo) oddalają ich od rozwiązania zagadki kryminalnej.

Katarzyna Puzyńska stworzyła interesującą galerię postaci, które funkcjonują w wyidealizowanym świecie Lipowa. Ta wieś, która mnie raczej kojarzy się z miasteczkiem, to urokliwe miejsce, ale tylko z pozoru wydaje się senne i spokojne. Jak w każdym zbiorowisku ludzkim, bohaterowie skrzętnie ukrywają brzydkie sekrety, tajemnice i w czterech ścianach domów walczą z samotnością, niezrozumieniem, przemocą w rodzinie. Problemy nie omijają nikogo, bez względu na status społeczny i materialny. Lipowo przypomina mi trochę kultowe Twin Peaks, a zimowa sceneria przywołuje wspomnienie "Fargo". Tam też nie wszystko było idealne, choć na początku takim się wydawało.

Czytając "Motylka" złapałem się na tym, że w pewnym momencie bardziej zaciekawił mnie wątek obyczajowy, mimo że śledztwo trwało w Lipowie w najlepsze. Autorka wykreowała ciekawe tło społeczne i obyczajowe, mocno osadzając akcję we współczesności. Podobnie postępuje Camilla Lackberg i (choć w mniejszym stopniu) Henning Mankell  - w obu przypadkach to bardzo mocne strony ich powieści. Czytelnik szybko przywiązuje się do bohaterów, kibicuje im w życiu zawodowym i osobistym, a na nową książkę z ich udziałem czeka jak na spotkanie z dobrymi znajomymi. Jak dla mnie jest to strzał w dziesiątkę i  po części również  źródło sukcesu "Motylka" i kolejnych książek Puzyńskiej.

Fabuła "Motylka" jest bardzo misternie skonstruowana, akcja toczy się się dwutorowo, poznajemy kolejne wydarzenia we wsi, przeplatane z opisem wypadków z przeszłości. Od czasu do czasu pojawiają się również wspomnienia i przemyślenia jednego z kluczowych bohaterów kryminalnej intrygi. Do tego dochodzą jeszcze zapiski z tajemniczego bloga, opisującego wydarzenia w Lipowie. Razem tworzy to dość zawiłą intrygę, ale tak poprowadzoną przez autorkę, że czytelnik nie gubi się w wątkach i w swoim tempie podąża za wydarzeniami. Z czasem kolejne klocki układanki zaczynają do siebie pasować i wtedy już nie można oderwać się od książki, bowiem finał klarownie domyka wszystkie wątki kryminalne, ale zostawia uchyloną furtkę dla nowych komplikacji osobisto - uczuciowych bohaterów.

Kolekcję powieści Katarzyny Puzyńskiej stawiam na półce "ulubione" tuż obok, wspomnianych wcześniej, Lackberg i Mankella, blisko Joanny Chmielewskiej i ... Agathy Christie. Myślę, że bohaterowie Lipowa świetnie odnajdują się w tak doborowym towarzystwie. A ja ... już wkrótce wracam do Lipowa, czas przecież poznać kolejne tajemnice tej urokliwej przecież wsi ...





Nowalijki oceniają: 6/6

  

   

poniedziałek, lipca 20, 2015

Maryla Szymiczkowa "Tajemnica Domu Helclów"

Maryla Szymiczkowa "Tajemnica Domu Helclów"


www.znak.com.pl

autor: Maryla Szymiczkowa, Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński

tytuł: "Tajemnica Domu Helclów"

wydawnictwo: Znak literanova

miejsce i rok wydania: Kraków 2015

liczba stron: 288

ebook: www.woblink.com




Na początku moją uwagę przykuł intrygujący tytuł. Jaką tajemnicę może skrywać w swych zacnych, krakowskich murach, istniejąca od końca XIX wieku do dziś, instytucja charytatywna? Mijam ten budynek codziennie w drodze do pracy i przez myśl by mi nie przeszło, że wydarzyło się tam coś, co stanowiłoby kanwę dla powieści kryminalnej. I jeszcze nazwisko autorki - nic mi nie mówiące. Może to jakaś zapomniana literacka prababka dzisiejszych mistrzyń kryminału, odgrzebana z zamierzchłej przeszłości? Połknąłem haczyk i ... szybko okazało się, że pani Szymiczkowa to literacka mistyfikacja duetu autorów Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, którzy akcję książki umieścili w 1893 roku w galicyjskim Krakowie. I tu dochodzimy do sedna pomysłu: "Tajemnica Domu Helclów" to nie tylko powieść kryminalna, ale i przezabawny, pełny niuansów, odniesień do historii oraz obyczajowości portret Krakowa. I to jak wspaniale odmalowany!
   
   Główną bohaterką powieści jest na wskroś krakowsko - galicyjska, choć z korzeniami w Przemyślu, od niedawna profesorowa, Zofia z Glodtów - Szczupaczyńska. Mieszczka jak się patrzy, zajęta prowadzeniem domu, zamęczaniem służącej Franciszki, kobieta szukająca swojego miejsca wśród lepiej urodzonych krakowskich dam. Zofia ma opinię na każdy temat, nie brak jej tupetu i pewności siebie. Zakupy robi w Sukiennicach i na placu Szczepańskim, artykuły kolonialne nabywa tylko u Hawełki, na niedzielną sumę wraz z mężem chodzi do Mariackiego, prenumeruje "Czas", ale pasjami zaczytuje się w "Tygodniku Ilustrowanym". Kraków to dla niej obszar do Plant(acji), poza ten teren dama z dobrego domu już się nie zapuszcza. Dulszczyzna pełną gębą, chciałoby się napisać. I pewnie pani Zofia wiodłaby sobie spokojne życie między domem i nudnymi obowiązkami, gdyby nie potrzeba zrealizowania się na niwie filantropii i odwiedziny w nowo powstałym Domu Helclów - instytucji charytatywnej. W tym zacnym miejscu, przypadkiem, dowiaduje się o tajemniczym zniknięciu jednej z pensjonariuszek - pani Mohrowej. W profesorowej budzi się instynkt śledczej, podsycany lekturą Poe i postanawia rozwikłać tę arcyciekawą zagadkę. Sprawy komplikują się, kiedy w Domu Helclów dochodzi do prawdziwej zbrodni. Im dłużej trwa śledztwo Szczupaczyńskiej, tym więcej głęboko skrywanych tajemnic pensjonariuszy wychodzi na światło dzienne.

 
Czytelnik "Tajemnicy Domu Helclów" bardzo szybko zorientuje się, że wątek sensacyjno - kryminalny przeplata się ze smakowicie opisanym obrazem galicyjskiego Krakowa i jego mieszkańców. Jesteśmy świadkami inauguracji Teatru Miejskiego, wraz z bohaterami odwiedzamy cmentarz na Rakowicach, dowiadujemy się, jakimi tematami, a raczej ploteczkami żyło miasto pod sam koniec XIX wieku. Okazuje się, jak ważne są (co oczywiste) układy towarzyskie i pomocne w załatwianiu różnych spraw znajomości. Celebruje się tytułomanię, a  każde, nawet najmniejsze potknięcie jest odnotowywane, jeśli nie w kronikach towarzyskich to - co gorsze - w pamięci członków krakowskiej socjety. Autorzy przedstawiają bogatą panoramę postaci, od służących począwszy, na elicie miasta kończąc. W tle przewijają się nazwiska Matejki, Siemiradzkiego, Asnyka, Sienkiewicza ... Gdy dodamy do tego stylizowany język powieści,   kwieciste dialogi i celne opisy, otrzymamy zabawny i niepozbawiony złośliwego humoru, ale potraktowany z sympatią, obraz społeczeństwa stolicy dzisiejszej Małopolski.

   "Tajemnica Domu Helclów" to lektura bardzo przyjemna, sprytnie balansująca między powieścią sensacyjną w starym stylu, literackim żartem i zabawą znanymi motywami. Profesorowej Szczupaczyńskiej nie można nie polubić, choć jej usilne starania o awans towarzyski jednocześnie śmieszą i irytują. Kraków opisany jest z dbałością o szczegóły historyczno - topograficzne, ale uważny czytelnik wie, że i tak najważniejsze jest perskie oko, co jakiś czas puszczane przez autorów.

    ... więc Czytelniku, jeśli masz ochotę, wyjdź na pole, zabierz ze sobą paterę z pischingerem, dzbanek bawarki i ... koniecznie przeczytaj powieść pani Maryli Szymiczkowej, bo naprawdę warto!

Nowalijki oceniają: 6/6

   
    
   

piątek, lipca 17, 2015

Albert Espinosa "Świat na żółto"

www.znak.com.pl

tytuł: "Świat na żółto. 23 małe odkrycia, które uratowały mi życie"

tłumaczenie: Hanna de Broekere

liczba stron: 240

wydawnictwo: Znak literanova

miejsce i rok wydania: Kraków 2015


Na wstępie muszę napisać, że nie mam przekonania do tego typu książek. Wszelkiego rodzaju poradniki i autobiografie "z głębszym przesłaniem" omijam w księgarni szerokim łukiem. Nie sięgam po poradniki okrzyknięte światowym bestsellerem, bo co jest dla każdego, jest dla ... no właśnie, dla kogo?
   Albert Espinosa na początku książki zaznacza, że jest to autobiografia. Jeśli tak, to jednak bardzo nietypowa, gdyż połączona z poradnikiem typu "Jak żyć, żeby było nam dobrze". Autor, który przez dziesięć długich lat zmagał się z chorobą nowotworową, zaprasza nas do świata żółtych ludzi i odkrywa przed czytelnikami prawdy, które pomogły mu przezwyciężyć chorobę. Espinosa jest jednocześnie narratorem całej opowieści i ten fakt dodaje historii autentyczności. Po utracie nogi, płuca i części wątroby autor nie załamuje się i nie poddaje pesymistycznym myślom - wręcz przeciwnie - wskrzesza w sobie nieograniczone wręcz pokłady optymizmu, którym dzieli się najpierw z innymi chorym i lekarzami, potem także z czytelnikami swojej książki. Nie można mu przy tym odmówić poczucia humoru, na przykład kiedy opisuje pogrzeb amputowanej nogi i mówi, że jest jedyną osobą na świecie, która naprawdę jedną nogą jest w grobie. Humor pomaga mu przezwyciężać kolejne nawroty choroby, śmierć kolegów ze szpitalnej sali, czającą się gdzieś blisko śmierć. Autor nie dopuszcza do siebie myśli o spustoszeniu, jakie w jego organizmie dokonuje choroba i to, oprócz mądrze prowadzonego leczenia, jest kluczem do  pełnego wyzdrowienia.



   Zasadnicza część książki to poradnik o tym, jak żyć w świecie na żółto i z innymi żółtymi. Kolor żółty symbolizuje optymistyczny, pełny wiary w innych ludzi świat, w którym powinniśmy żyć, ciesząc się każdą radosną chwilą oraz wyciągać wnioski na przyszłość z codziennych niepowodzeń. Osią poradnika są tytułowe odkrycia (np. "Straty są pozytywne", "Słowo ból nie istnieje", "Nie bój się być osobą, którą się stałeś") opisane w punktach - jak na poradnik przystało i okraszone anegdotami, scenkami z życia autora. Ciągłe odwołania do choroby, szpitala, amputowanej nogi z czasem zaczynają przeszkadzać i wręcz budzą irytację, wszak wiemy już, co spotkało autora w życiu. Osobną część tej opowieści stanowi wyjaśnienie jak znaleźć inną żółtą osobę i stworzyć z nią bogaty i harmonijny związek, niekoniecznie uczuciowy.  Trudno mi było trafić w tej opowieści na coś oryginalnego i zaskakującego, czego nie dowiedziałbym się wcześniej z życia lub innych (lepszych) lektur.
   Czytając tę książkę utwierdziłem się niestety w przekonaniu, że nie jestem  najlepszym odbiorcą takiej literatury. Oczywiście podziwiam Espinosę za hart ducha i niekończące się pokłady optymizmu, rozumiem też, że ta książka może spodobać się wielu czytelnikom, ale do mnie nie przemawia. Niektóre z jego porad  (typu: "Zawsze bądź sobą") są tak oczywiste, że aż ocierają się o naiwność. Wydawca reklamuje "Świat na żółto" jako nawiązanie do "Oskara i pani Róży" Schmitta, ale dla mnie jest to porównanie na wyrost. Owszem, obie opowieści traktują o chorobie i śmierci, są jednak trochę inne,  a Oskar to bardziej subtelny bohater literacki.
   Czy warto zatem sięgnąć po książkę Alberta Espinosy? To zależy, czego szukamy. Jeśli pogłębionej recepty na udane życie - niekoniecznie, jeśli lekko napisanej historii walki z chorobą, wzbogaconej garścią nieszkodliwych oczywistości - czemu nie, choć moim zdaniem nie warto. Wybór, jak zawsze, zostaje w rękach czytelnika.

Nowalijki oceniają: 3/6

czwartek, lipca 16, 2015


Kuba Wojtaszczyk "Portret trumienny"

okładka książki ze strony wydawcy
   Do tej pory nie doceniałem za bardzo siły mediów społecznościowych a szkoda, bo gdybym uważniej je śledził, szybciej trafiłbym na debiut prozatorski Kuby Wojtaszczyka. Zaintrygował mnie już sam tytuł książki, który ewidentnie nawiązuje do mojej ulubionej estetyki baroku. A to już dobry początek.  Przyznaję, że do polskiej literatury współczesnej mam stosunek co najmniej ambiwalentny, ale w tym przypadku intuicja mnie nie zawiodła i wybór kolejnej lektury okazał się trafny.

Oto Aleksander Krzyszowski, młody kurator w galerii sztuki, na chwilę musi porzucić wielkomiejskie życie i w ważnej sprawie wyjechać do rodzinnego miasteczka. Tym doniosłym wydarzeniem są urodziny matki bohatera, podczas których spotyka się cała familia Krzyszowskich wraz z licznymi "odnogami". Już od pierwszych stron książki wiemy, że to spotkanie nie może być udane. I oczywiście nie  jest. Pomysł z zebraniem wszystkich przy suto zastawionym stole okazuje się celnym zabiegiem stylistycznym. W oparach wypijanego alkoholu goście urodzinowego przyjęcia tracą nie tylko pion, ale i dobre maniery. Przerzucają się frazesami, zasłyszanymi w telewizji i serialach półprawdami, bezceremonialnie oceniają innych i wydają jedynie słuszne wyroki. A mają na kim się skupić, gdyż główny bohater (gej zresztą) wciąż się nie ożenił (bo i jak?) i wykonuje beznadziejny zawód, siostra bohatera ma dziecko i partnera, ale żyje bez ślubu. Prowincjonalna rodzina też ma sporo do ukrycia, ale przecież łatwiej skupić się na innych. Im dłużej trwają urodziny, tym bardziej atmosfera się zagęszcza i narasta napięcie, które musi doprowadzić do ... A właśnie, zakończenie książki jest zaskakując i mocne, mnie mocno rozśmieszyło, gdyż idealnie wpisało się w konwencję powieści. Jakie to zakończenie, cóż takich smaczków się nie zdradza, trzeba samemu przeczytać.

   Autorowi tego niewielkiego (tylko 136 stron) debiutu zarzuca się stereotypowe podejście do postaci, powierzchowność i słabe poczucie humoru. Ja się z takim ocenami nie zgadzam. Trudno wymagać, aby na kilkudziesięciu stronach zawrzeć pogłębione studium filozoficzne przypadków polsko - polskich, naszych wad, lęków i zaburzonych relacji międzyludzkich. Oczywiście, postaci kreślone są grubą kreską, ale taki zabieg stylistyczny wyraźnie pozycjonuje je w świecie tej powieści. Nie uważam także, że bohaterowie nie są na swój sposób sympatyczni. Są -  w swojej nieporadności w relacjach ze światem i codziennością. Aleksander Krzyszowski, neurotyk uzależniony od papierosów i jego rodzina z "polskiego piekła rodem", to postaci jak z Woody'ego Allena ( i to z czasów "Hannah i jej sióstr" a nie "O północy w Paryżu"). I to uważam za komplement, bo uwielbiam Allena. Podobał mi się również zgryźliwy humor powieści i nagromadzenie absurdów, z którymi spotykamy się przecież na co dzień. Jest tam też sporo smaczków i odwołań do aktualnych wydarzeń, które wciąż rozpalają opinię publiczną. 

   Wieczór spędzony z książką (a właściwie ebookiem) Kuby Wojtaszczyka uważam za udany. W tej książce, jak w zwierciadle odbijają się wszystkie nasze narodowe ułomności i ograniczenia. I może dlatego to nie jest lektura dla każdego. Zdrowy dystans przy tym tekście jest mocno wskazany, a że czasem szpilka wbija się we własne ego, cóż ... taki to efekt uboczny.

   Autor, oczywiście na  Facebooku, zapowiedział już nową powieść, mam nadzieję, że dłuższą i pozbawioną pewnych wad debiutu. Czekam na nią z dużym zainteresowaniem. A "Portret trumienny" polecam.

Nowalijki oceniają: 5/6

wtorek, lipca 14, 2015


Kindle Paperwhite II 


    Po trzech latach zamieniłem Kindle Classic 4 na nowszą wersję, czyli Paperwhite II.

     Nowa edycja czytnika (a właściwie już stara - od kilku dni jest już w sprzedaży KPW III) ma dwie ogromne zalety  - ekran i jeszcze raz ekran. A dokładniej dotyk i podświetlenie. Obie funkcje są bardzo przydatne, a dla użytkowna wcześniejszych wersji czytnika stanowią wyraźny "skok cywilizacyjny". Elektroniczne czytanie nigdy nie było przyjemniejsze: możliwość zmiany wielkości i kroju czcionki, regulacja nasycenia jasności ekranu oraz bardzo dobrze działający panel dotykowy powodują, że wygoda  lektury na czytniku jest bardzo duża. Oczywiście Kindle nie zastąpi prawdziwej książki i z tym nie ma co dyskutować, może jednak stać się poręczną (dosłownie)  alternatywą dla każdego miłośnika książek. 

     Sprzęt ma bardzo dużą pojemność, baterię, którą ładuje się raz na 4 tygodnie oraz intuicyjne (wciąż nie po polsku) oprogramowanie, które odsyła do wbudowanych słowników i ... polskiej wersji Wikipedii, co czasem ułatwia lekturę. Oczywiście, aby skorzystać z tych funkcji oraz np. synchronizacji Kindla z innymi urządzeniami (tablet, telefon komórkowy) potrzebne jest połączenie wifi lub 3G.

     Warty zwrócić również uwagę na niewielką wagę, estetykę wykonania, przyjemną dla oka, ciepłą barwę ekranu oraz jego lekko chropowatą fakturę, która niektórym czytelnikom będzie kojarzyć się z kartką papieru. Jeśli do swojego Kindla dokupicie dedykowaną mu okładkę, to przy otwieraniu czytnik wybudzi się na ostatnio czytanej stronie - mała rzecz a cieszy i  jaka jest przydatna.




     Jestem miłośnikiem i zwolennikiem książek tradycyjnych, ale przyzwyczaiłem się już do nowej formy czytania. Sporo książek kupuję wersji elektronicznej, szczególnie kryminałów i popularnej beletrystyki, czyli takich pozycji, których nie muszę mieć na półce (a tu nigdy nie ma wystarczającej ilości miejsca). Czytnika wygodniej używać w tramwaju czy pociągu, a i w domu zdarza mi się nierzadko spędzić wieczór z lekturą na Kindlu. Zatem, warto spróbować!


Nowalijki oceniają: 5/6
Copyright © 2016 Nowalijki , Blogger