środa, lipca 19, 2017

B. Chomątowska, D. Gruszka, D. Lis, U. Pieczek "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"

B. Chomątowska, D. Gruszka, D. Lis, U. Pieczek "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"

Podobno pierwsze, co rzuca się w oczy osobom przybywającym do Polski to nasze miny. Wyglądamy na wściekłych, albo przynajmniej na mało zadowolonych. I co ciekawe, często oceniamy się gorzej, niż widzą nas cudzoziemcy. Pewnie jest coś na rzeczy - wystarczy spojrzeć na twarze pasażerów w czasie porannego szczytu komunikacyjnego - mało komu jest do śmiechu. Z drugiej strony trudno przez cały dzień uśmiechać się od ucha do ucha - jakoś ta sztuczna radość nie pasuje do polskiego temperamentu. Narodową skłonność do narzekania i brak dobrego humoru można oczywiście tłumaczyć na wiele sposobów - bo zabory, okupacja, komuna, romantyczna wizja Polaka - męczennika za lepszą sprawę. To oczywiście lekko ironiczne spojrzenie na kwestię szczęścia, które oczywiście każdy (człowiek i naród) interpretuje trochę inaczej. Na przykład ostatnio modne jest duńskie hygge - idealnie sprawdzające się w kulturze obrazkowej. Wystarczy zerknąć na jesienne zdjęcia na Instagramie - te wszystkie świeczki, lampki, kocyki i grube skarpetki w połączeniu z kubkiem herbaty/kawy/kakao i książkowym bestsellerem w tle, tworzą wyidealizowany, ale jakże miły wizerunek świata. Może to właśnie jest definicja szczęścia? Po części pewnie tak. A jak w tym trendzie odnajdują się Polacy? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć publikacja Jakoś to będzie. Szczęście po polsku autorstwa Beaty Chomątowskiej, Doroty Gruszki, Daniela Lisa i Urszuli Pieczek. Pięknie wydana, niewielkich rozmiarów książka na pierwszy rzut oka wygląda jak jeszcze jedna publikacja w nurcie Jak być hygge. Ale w moim odczuciu autorzy nie próbują dopasować polskiej tradycji i obyczajowości do skandynawskich standardów, raczej delikatnie z nimi dyskutują, szukają podobieństw, ale i bez kompleksów przypominają  ... iż Polacy nie gęsi ...


Książka składa się z felietonów pogrupowanych w trzy części Jakoś to będzie, czyli jak?, Skąd ta pewność?, Jak pielęgnować filozofię Jakoś to będzie. W każdej z nich znajdują się krótkie podrozdziały, w których autorzy próbują nie tylko odpowiedzieć na postawione pytania, ale sformułować swojską filozofię dobrego i szczęśliwego życia. Owo tytułowe Jakoś to będzie to i lekko ironiczne, i jakże prawdziwe podejście do codzienności, które towarzyszy narodowi nad Wisłą chyba od zarania naszej państwowości. Bo jak inaczej wytłumaczyć obecność (i nieobecność) Polski na mapie Europy, ciągłe historyczne zawieruchy i fakt, że jednak daliśmy radę i wciąż jesteśmy w środku Europy. Oczywiście w zmienionych granicach, z mentalnością inną na zachodzie kraju, inną na wschodzie, ale ... trwamy. Jakoś to będzie pokazuje, że nie musimy ślepo naśladować zagranicznych wzorców, ale powinniśmy doceniać to, co mamy, co jest częścią naszej historii, tradycji i obyczajowości. 


Napisana w pierwszej osobie liczby mnogiej, książka Jakoś to będzie. Szczęście po polsku rozbiera na czynniki pierwsze polską mentalność - czyni to jednak łagodnie, przywołując liczne przykłady, czasem wyniki badań, wreszcie zapraszając do zabawy znanych dziennikarzy, artystów, pisarzy i społeczników. O fenomenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy opowiada Jurek Owsiaka, zawiłości języka tłumaczy Michał Rusinek, przepis na chleb podaje blogerka z White Plate, a modzie wspomina Joanna Bojańczyk, że wymienię tylko tych kilka nazwisk. Bez względu na to, czy kolejny rozdział książki opowiada o polskiej pracowitości, otwartości, czy poczuciu humoru, które od zawsze ratowało nas od najgorszego, wszystkie teksty sprowadzają się do próby zdefiniowania pojęcia szczęścia po polsku. Autorzy postawili sobie trudne zadanie, bo nic nie jest tylko białe albo tylko czarne i próba jednoznacznego określenia definicji szczęścia nie jest możliwa. Można jednak podjąć się takiego wyzwania i Jakoś to będzie. Szczęście po polsku jest taką próbą, zaproszeniem do dyskusji w szerszym gronie czytelników. Czasem trudno bowiem nie odnieść wrażenia, że nie doceniamy czasów, w których żyjemy. No ale kiedy Polak czuje się za dobrze, to zaczyna być czujny - czy aby na pewno wszystko jest w porządku? Ukształtowana przez wieki polska mentalność jest taka, z jaką spotykamy się na co dzień. I z tym faktem również trzeba się pogodzić, bo kto wie, czy to nie pierwszy krok do zrozumienia i pokochania naszej filozofii życia?


Książka Jakoś to będzie. Szczęście po polsku bogata jest w ciekawostki, dykteryjki i interesujące wyniki różnych badań. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że w niektórych fragmentach autorów poniosła ułańska fantazja. Oczywiście przekaz książki jest jak najbardziej optymistyczny, ale chwilami chyba nawet za bardzo. Może przemawia przeze mnie narodowe malkontenctwo, ale chyba jednak nie jest w Polsce aż tak różowo, jak chcą tego autorzy publikacji. W posłowie w pewnym sensie ustosunkowują się do mojej uwagi, więc hurraoptymizm w tekstach traktuję jako element kreacji idei szczęścia po polsku. Przez moment drażniły mnie też pewne oczywistości, jakby podane z myślą o zagranicznym odbiorcy, ale pomyślałem sobie, że to, co dla mnie jest pewne, dla innych wcale takie być nie musi. I z pewnością nie jest.

Czy Jakoś to będzie. Szczęście po polsku w pełni definiuje naszą filozofię udanego życia? Z całą pewnością nie i nie takie jest jej zadanie. Książka podpowiada, przypomina i wskazuje na pewne aspekty historii, tradycji i codzienności, które ułatwiają zrozumienie złożoności terminu polskość. Napisana lekkim tonem, uzupełniona pięknymi zdjęciami wpisuje się w modę na poszukiwanie recepty na idealne życie, podpowiada, gdzie szukać składników, a na co machnąć ręką. Autorzy bez kompleksów stają w szranki z podobnymi publikacjami z różnych stron świata i znakomicie sobie radzą. A szczęście po polsku? Wiadomo - jakoś to będzie. I byleby do przodu!


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autorzy Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis, Urszula Pieczek
tytuł Jakoś to będzie. Szczęście po polsku

wydawnictwo Znak
miejsce i rok wydania Kraków 2017
liczba stron 352
egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6






Dziękuję Wydawnictwu Znak
za udostępnienie książki do recenzji


środa, lipca 19, 2017

Anne B. Ragde "Na pastwiska zielone"

Anne B. Ragde "Na pastwiska zielone"

W pierwotnym założeniu Saga rodziny Neshov Anne B. Ragde była pomyślana jako trylogia. Zakończenie Na pastwiska zielone sugeruje zamknięcie cyklu, ale jak się okazuje, autorka zmieniła zdanie. Zanim jednak sięgniemy po czwarty tom, przed fanami trylogii wznowienie trzeciej części. 

Poprzedni tom zakończył się cliffhangerem. W sumie nic nowego, dokładnie tak samo było w przypadku pierwszej odsłony sagi. To zresztą ciekawy zabieg, zaczerpnięty z poetyki seriali telewizyjnych, z pozoru zupełnie niepasujący do klimatycznej powieści obyczajowej, kładącej nacisk na realizm opisywanych zdarzeń. A jednak niespodziewane zakończenie nie razi, a zdecydowanie spełnia swoje zadanie - przyciąga uwagę i nie pozwala szybko zapomnieć o fabule. A ta w Na pastwiska zielone znów obfituje w wydarzenia bazujące na skrajnych emocjach. Rodzinne gospodarstwo to nieustające źródło konfliktów,  niepowodzeń i frustracji. Głównie Torunn, na barki której spada nie tylko odpowiedzialność za rodzinną schedę, ale również poczucie winy za wydarzenie, które ponownie zmieniło losy rodziny. W Kopenhadze Krumme i Erlend szykują się do życiowej rewolucji, ale nie zdają sobie sprawy, jak wielka (dosłownie) będzie to zmiana. Z letargu, w który zapadał w drugim tomie, budzi się Margido. Małymi krokami zaczyna wprowadzać zmiany, zarówno w swoim życiu prywatnym, jak i zawodowym. To proces bolesny, ale konieczny - Torunn potrzebuje go bardziej, niż mu się to na początku wydawało. Co z tego, skoro autorka nie oszczędza swoich bohaterów, prowadząc ich prosto do tego, co nieuniknione.

W trzecim tomie na plan pierwszy wysuwa się Torunn, do gry powraca Margido, a Krumme i Erlend jak poprzednio, wprowadzają malownicze zamieszanie. Ich przyjazd do domu rodzinnego wraz z parą matek ich nienarodzonych dzieci i ekscentrycznym architektem tylko pozornie daje, tak potrzebny, oddech od problemów. Dzieje się nawet odwrotnie. Kolorowe życie Erlenda i jego partnera tylko uwypukla beznadzieję egzystencji reszty rodziny. Torunn ma tego świadomość i tym łatwiej zrozumieć stan, w który popadła. W tej części moja ulubiona bohaterka wywołuje skrajne odczucia - z jednej strony jest mi jej żal, z drugiej - irytuje mnie. No cóż, tak to już bywa. Zamiast wybrać stabilizację u boku Kaja Rogera, szuka pocieszenia nie tam, gdzie powinna. Trudno jednak nie zauważyć, że sytuacja w gospodarstwie ją przerosła i stąd takie, a nie inne ruchy. Ucieszyłem się, że do fabuły na dobre powrócił Margido. Dzięki jego obecności, autorka mogła zwrócić baczniejszą uwagę na jego pracę - jakże specyficzną. I nie bez powodu w tekście przywołuje się znakomity serial Sześć stóp pod ziemią. Opis pracy Margido przypomina kadry z tej telewizyjnej produkcji. Przed właścicielem zakładu pogrzebowego wiele nowych wyzwań, które choć z uporem, powoli zaczynają zmieniać jego życie. Również duchowe, ponieważ Margido od lat zmaga się z głębokim kryzysem wiary. 


Trzeci tom niczym mnie nie zaskoczył. Oczywiście nie mam na myśli fabuły, tylko styl i klimat opowieści. Zresztą ten brak zaskoczenia należy odczytać jako komplement. Anne B. Ragde po raz kolejny przedstawia los pokiereszowanej emocjonalnie rodziny i znów udaje się jej uniknąć banału. Jest dosadnie, mocno i czasem też nostalgicznie, choć do fabuły bardziej pasuje termin  - depresyjnie. Autorka nie ubarwia opowieści, stawiając się na realizm. Po raz kolejny także portretuje nie tylko rodzinę Neshov, ale w szerszym kontekście także norweskie społeczeństwo, które (zdaje się) nie zawsze ma wiele wspólnego z lansowaną ostatnio filozofią hygge. Skomplikowane relacje rodzinne u Ragde za każdym razem przedstawione są podobnie: codzienność miesza się z celebracją, szarzyzna z pstrokacizną, szaleństwo ze spokojem. To spojrzenie na Skandynawię oczami autorki sagi jest zaskakujące, prawdziwe i dzięki temu autentyczne.

Wprawdzie Na pastwiska zielone w moim odczuciu jest najsłabszą częścią serii, to i tak podoba mi się, że saga trzyma poziom. Z tym większym zaciekawieniem, ale i niepokojem czekam na czwarty tom pod tytułem Przebaczenie na zawsze. Ciekawe, jak po trzech latach zmienili się bohaterowie powieści Anne B. Ragde. I czy autorka literacko trzyma poziom?


źródło: www.smakslowa.pl
Informacje o książce

autorka Anne B. Ragde
tytuł Na pastwiska zielone
tytuł oryginału Ligge I gronne enger
przekład Ewa M. Bilińska, Witold Biliński

wydawnictwo Smak Słowa
miejsce i rok wydania Sopot 2017
liczba stron 320

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6



Dziękuję wydawnictwu Smak Słowa i agencji Business&Culture
za udostępnienie książki do recenzji.





niedziela, lipca 16, 2017

Karina Bonowicz "Co ma piernik do Torunia"

Karina Bonowicz "Co ma piernik do Torunia"

Pierwsze skojarzenie z Toruniem? Oczywiście pierniki, Mikołaj Kopernik i może Krzyżacy. Od niedawna także Toruń jest tłem dla  interesujących kryminałów. Na szczęście nie jest tak, że średniowieczny gród, który prawa miejskie uzyskał w I połowie XIII wieku, najlepszy czas ma za sobą. Toruń dziś to nie tylko przebogata historia, na którą można natknąć się na każdym kroku. To fantastyczne legendy, urocze zaułki i co najważniejsze - ludzie, którzy współtworzyli jego świetność. 

O prężnie rozwijającym się, najważniejszym mieście województwa kujawsko - pomorskiego, więcej można przeczytać w internecie. Tymczasem Karina Bonowicz, pisarka, scenarzystka i dziennikarka zaprasza na nietypowy spacer po ukochanym Toruniu. Jej przewodnik Co ma piernik do Torunia to pozycja dla turystów, którzy mają poczucie humoru i na świat lubią spojrzeć z lekkim przymrużeniem oka. Książka Kariny Bonowicz bogata jest w ciekawostki i dykteryjki, starannie przez autorkę skompletowane w alfabet miejsc, ludzi i wydarzeń. To subiektywne i dzięki temu także osobiste, spojrzenie na miasto. Bez nudzenia w postaci encyklopedycznych danych, wykresów i dat (no dobrze - kilka się znalazło), ba - nawet bez charakterystycznej dla przewodników mapki. Za to z nietypowymi dla tego typu wydawnictw informacjami z historii, literatury, sztuki czy szeroko pojętej obyczajowości. Układ przewodnika sprawia, że to od jego czytelnika zależy, gdzie zacznie wędrówkę po mieście i na co zwróci baczniejszą uwagę. I z pewnością nic się nie stanie, jeśli którąś z atrakcji miasta sobie odpuści. Po lekturze Co ma piernik do Torunia będzie to jednak mocno utrudnione.


Przewodnik Kariny Bonowicz nie proponuje sztywnej trasy spacerowej po mieście. Autorka ułożyła poszczególne elementy zaczynając od A - jak Anioły na Z - jak Zbrodnia kończąc. Każdy rozdział to spojrzenie na Toruń z różnego punktu widzenia. Obok oczywistego rozdziału poświęconego Kopernikowi, można przeczytać o Tonym Haliku, dowiedzieć się, gdzie najlepiej w mieście sprawdzić godzinę, poznać sekrety toruńskich masonów. Karina Bonowicz przytacza legendy związane z miastem (w tym te mniej popularne), tłumaczy dlaczego Toruń to najbardziej fantastyczne miejsce w Polsce, przypomina, że w Dworze Artusa odbywały się seanse spirytystyczne. Ciekawostek, dykteryjek i anegdot jest w książce co niemiara i stanowią one ogromną siłę publikacji. Autorka zaleca raz spojrzeć pod nogi, raz zadrzeć głowę wysoko w górę - niezwykłości nie usadawiają się na wysokości wzroku i aby dostrzec przekorną urodę detalu, trzeba czasem nieźle się natrudzić. Co ma piernik do Torunia bardzo to ułatwia to zadanie.


Karina Bonowicz zaprasza czytelnika i turystę (ale myślę, że i rodowitego mieszkańca miasta również) na spacer po Toruniu. I robi to w charakterystycznym dla siebie stylu. Co ma piernik do Torunia to książka w formie podzielonej na rozdziały gawędy, opowieści z humorem i przymrużeniem oka. Autorka nie wymądrza się i nie stawia nikogo na piedestale, co nie oznacza, że o swoim mieście nie pisze z wielką sympatią. Odsłania przed czytelnikiem tajemnice Torunia, odkrywa mniej znane fakty z jego historii, docenia bieżące wydarzenia kulturalne. Każdy rozdział wzbogacony jest o fotografie autorki, zawsze z dowcipnymi podpisami. Lekki w formie, ale bogaty w informacje, nietypowy przewodnik po Toruniu spodoba się zarówno turystom, jak i mieszkańcom grodu Mikołaja Kopernika. Zaraz, zaraz ... a Kopernik czasem nie był ... kobietą? Ten problem również został omówiony w publikacji. 

To co? Kiedy wyprawa do Torunia? Trzeba w końcu sprawdzić, o co chodzi z tymi żabami na Rynku Staromiejskim.


źródło: www.wydawnictwoumk.pl
Informacje o książce

autorka Karina Bonowicz
tytuł Co ma piernik do Torunia

Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
miejsce i rok wydania Toruń 2017
liczba stron 174

egzemplarz recenzencki
patronat medialny bloga
Nowalijki oceniają 5/6




Dziękuję Karinie Bonowicz za zaufanie
i umożliwienie objęcia jej publikacji
patronatem medialnym bloga
Copyright © 2016 Nowalijki , Blogger